Andrzej Grabowski: Każdy spektakl pomaga znaleźć nam swoje miejsce w świecie

0
320

Kilka dni temu miałam wielką przyjemność rozmawiać z Andrzejem Grabowskim w Cieszynie przed spektaklem „Scenariusz dla trzech aktorów”. O Teatrze, „łatce” Ferdynanda Kiepskiego i faworytach programu „Taniec z Gwiazdami”.

 

Rozmawiać z Panem można na wiele tematów, ale chciałabym zacząć od spektaklu „Scenariusz dla trzech aktorów”. To spektakl wyjątkowy. Właśnie mija jego 30-lecie. W czym, według Pana, tkwi fenomen tej sztuki?

Fenomen poruszanej w naszej rozmowie sztuki jest trudny do określenia. Myślę jednak, że na pewno tkwi w autorze, Bogusławie Schaefferze oraz troszkę w nas, aktorach. To wszystko w kupę wzięte sprawia, że już 30 lat gramy ten spektakl.

Rdzeniem jest znakomity tekst Bogusława Schaeffera, a całość to mistrzowska improwizacja z waszym błyskotliwym dialogiem z widzem, o swoim miejscu w świecie sztuki. Czy Pana zdaniem wasz spektakl pomaga widzowi go zrozumieć? Jakby Pan na chwile obecna określił swoje miejsce w świecie sztuki?

Każdy spektakl teatralny pomaga aktorom oraz widzom znaleźć swoje miejsce w świecie sztuki. Z każdego spektaklu czegoś się dowiadujemy. Jeśli niczego się nie dowiemy, znaczy to, że obejrzana przez nas sztuka nie była niczym nadzwyczajnym.

Nasz spektakl nie jest edukacyjny. Nie dowiemy się z niego np. kolejności wynalezienia pierwiastków przez Marię Curie Skłodowską, ale tu nie o to chodzi. „Scenariusz dla…” obrazuje kondycję nas, aktorów. Tak, jak wszyscy, mają swoje wzloty i upadki, są w czymś lepsi, a coś im nie wychodzi. Są mądrzy albo głupi. Jak każdy człowiek.

To, co pokazujemy na scenie jest swego rodzaju obnażeniem świata sztuki i kulis tworzenia spektakli.

Gdyby miał Pan wskazać, co najbardziej podoba się  Panu w tym spektaklu, czy byłaby to możliwość improwizacji? Wielu aktorów ceni sobie improwizowanie na scenie. Pan również?

Tak, bardzo. Bardzo wiele nauczyłem się w tej sztuce. Dzięki aktorom, ale również dzięki wymienianemu tu wcześniej Bogusławowi Schaefferowi. Po 30 latach nie mogę powiedzieć, że nie wiemy, na jaki temat będziemy improwizować. Wybieramy ze stworzonych modeli.

Wplatacie czasem coś nowego?

Czasami tak, ale zależy to od wielu czynników.

Granie w teatrze to przede wszystkim obcowanie z widzem i możliwość spotkania z nim. Lubi Pan momenty, w których podchodzą do Pana sympatycy? O co wtedy najczęściej pytają? Umiałby Pan przytoczyć jakąś kwestię, która najbardziej Pana zaskoczyła?

Najczęściej pytania dotyczą serialu „Świat według Kiepskich”. Był czas, kiedy się oburzałem, ale teraz już przyzwyczaiłem się do faktu, że od ponad 18tu lat jestem codziennym gościem w domach telewidzów za sprawą właśnie tego serialu. Dobrze jednak, że widzowie przychodzą i chcą zobaczyć mnie także w innych wcieleniach. Dla niektórych jednak na zawsze pozostanę Ferdynandem Kiepskim.

Ja też nie mogę tego tematu przemilczeć. Wasz serial jest już pełnoletni! Jak grać postać w ten sposób, by przez te lata nie znudziła się ani Panu, ani widzom?

To zasługa scenarzystów. Ponad 500 odcinków to bardzo dużo jak na sitcom. Każdy jest oddzielną fabułą. Podziwiam wszystkich twórców za coraz to nowe pomysły.

Podobno miał Pan w swoim życiu taki czas, w którym nie lubił tego serialu. To prawda? Kiedy to było?

Tak. Było to na samym początku. Ani nie lubiłem go grać, ani o nim mówić. Odmieniło mi się i bardzo go polubiłem. Stał się serialem kultowym dla wielu osób. Są też tacy, porównujący go do kina moralnego niepokoju.

Nie pomylę się, jeśli stwierdzę, że Ferdek Kiepski jest tą postacią serialową, z którą jest Pan najczęściej kojarzony przez widzów?

Pewnie tak, choć muszę przyznać, że bardzo wiele osób kojarzy mnie np. z „Pitbulla”, „Blondynki”, czy z filmem „Zróbmy sobie wnuka”.

Skoro od tylu lat prezentuje Pan swoje komediowe oblicze (serial i kabaret), nie brakuje Panu czasem ról bardziej dramatycznych?

Kreuję bardzo wiele ról dramatycznych. Chociażby w filmach takich, jak „Ach śpij, kochanie”, czy „Pokot”. Nie warto zamykać się tylko na oglądanie jednego serialu, warto chcieć zobaczyć coś więcej.

Przejdźmy do tematu filmu  „Listy do M3”. Co powie Pan o roli?

W tym filmie jestem dziadkiem. Śmieję się, że to ciepły oszust, taki trochę menelowaty, ale bardzo podoba mi się ta rola. Dodam również, że twórcy są bardzo zadowoleni z całokształtu trzeciej odsłony  „Listów do M”.

Ostatnim tematem, który zechciałabym poruszyć jest program „Taniec z gwiazdami”, gdzie pojawia się Pan jako juror. Jak Pan się czuje na takim stanowisku? Czy ocenianie umiejętności tanecznych jest trudne?

Nie oceniam umiejętności tanecznych, ale ogólny wyraz artystyczny. Od oceniania tańca są Michał Malitowski oraz Iwona Pavlović. Ja się na tym nie znam. Oceniam tę artystyczną część występów.

Na co podczas opiniowania tańca uczestników zwraca Pan największą uwagę?

Musi być chociaż krótka historia. Kiedy pojawiają się tylko kroki, to nie jest taniec.

Kto wśród wszystkich uczestników zrobił na Panu największe wrażenie? Umiałby wskazać Pan taką osobę?

Największe wrażenie zrobił na mnie Izu Ugonoh. Powinien wygrać edycję, w której się pojawił.

Kiedy kolejna edycja?

Kolejna edycja w marcu. Ponownie będę jurorem.

 

Rozmawiała Mariola Morcinková

www.sci24.pl /// www.wywiadymarioli.blogspot.com

 

 

 

 

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Prosimy wpisz swój komentarz!
Prosimy podaj swoje imię tutaj.