BLMRVRSD to album trochę o tęsknocie i braku podroży

0
91

Projekt t dot est, nie próżnuje mimo lockdownu. Jego najnowsze dzieło „BLMRVRSD” to zapis miesięcznych działań muzycznych, jakie miały miejsce w maju ubiegłego roku. Specyficzne podejście, indywidualna aura i bezpośrednia rejestracja, dały efekt z jednej strony kameralny, a z drugiej – bardzo intymny. O zmaganiach z taką formą i realizacji w jej obrębie, twórca opowiedział mi w poniższej rozmowie.

 

 

 

MM: Do czego t dot est jest najbliższej? Do testu, zmagań, czy jednak do hołdu dla Esbjorn Svensson Trio?

TDE: Patrząc na ostanie 2 lata, to raczej zmagania… Ale ostatnie miesiące, to jednak EST.  Zmagania dotyczyły głownie zakończenia tego, co zacząłem oraz doprowadzenia produkcji muzycznych do końca w wyznaczonym terminie.

MM: A gdzie „BLMRVRSD” ma swój początek?

TDE:  To kolejny album koncepcyjny. Od kilku lat chciałem nagrać podobną płytę i w maju ubiegłego roku zdecydowałem, że ona powstanie. Przez cały miesiąc codziennie rano siadałem do fortepianu i próbowałem coś grać, improwizować. Trwało to przez ok. 28 dni. Powstało sporo materiału. 10 najwłaściwszych utworów umieściłem na albumie . Nie chce pisać – najlepszych. Po prostu kompozycja całego albumu ułożyła się w ten sposób. Do tego użyłem 2 syntezatorów analogowych, zarejestrowałem ścieżkę perkusyjną oraz nagrania typu soundscape z każdego z tych dni. Po prostu połączenie żywego instrumentu, nagrań dźwięków miasta z lockdownu oraz elektroniki.

MM: A co jest tym konceptem? Bo sądząc po tytułach, wygląda to jak zapis z 3 dni – głównie po 5:00 nad ranem.

TDE: Tytuły są znowu jak cała płyta – odwrócone. 0513 to jest 13 maja. A PM występuje tylko przy jednym utworze, który „zrobiony” (nie nagrany, tylko posklejany – znów odwrócenie) był wieczorem.

MM: To czemu te tytuły są ułożone tak niechronologicznie?

TDE: Tak ułożył się album. Słuchając wszystkich utworów, zdecydowałem na taką właśnie kolejność. Nie jest to jednak ani pamiętnik, ani dziennik.

MM: Mam wrażenie, że po zachowawczym i dość surowym początku im dalej, tym więcej eksperymentów z elektroniką.

TDE: Dokładnie tak. Prowadzi to do następnego albumu. Będzie on bardzo elektroniczny, troszkę cięższy i na dodatek w kolaboracji ze znajomym z Tokio. „BLMRVRSD” to jedyny mój album, na którym nie ma gości.

MM: Mówisz, że to nie dziennik, ani pamiętnik, tylko zapis dźwiękowy wrażeń. Jakie zatem dałeś sobie ograniczenia, skoro całość zamyka się w 40 minutach?

TDE: Z każdą płytą daje jakieś ograniczenia. Dotyczą one zarówno spraw technicznych, jak i muzycznych. Np na „A40” nie ma w ogóle dolnego pasma akustycznego , występują wyłącznie instrumenty cyfrowe i hardwareowe z lat 80. oraz instrumenty strunowe. Na „PA2” wszystko było nagrane po północ , bez midi, bez kwantyzacji, ” z palca” wyłącznie na syntezatorach analogowych. A w przypadku „BLMRVRSD” było założenie, że szkice fortepianowe utworu maja powstać do 12:00. To ograniczenie czasowe spowodowało, że utwory mają w sobie inne zabarwienie emocjonalne. Podobnie z nagraniami soundscape  – również były one robione do 12:00. Całość materiału także miała powstać tylko w maju. Do tego ograniczenia melodii na rzecz harmonii i rytmu.

MM: Komu dedykowany jest utwór „one4Ben”?

TDE: Benowi Lukasowi Boysenowi. To producent i kompozytor z Wielkiej Brytanii. Podczas pracy nad moim albumem Ben miał premierę swojego najnowszego wydawnictwa (chodzi o płytę „Mirage” – przyp. MM), które bardzo mnie zainspirowało. Na dodatek wrzucał zdjęcia w swoim islandzkim swetrze, a jako ze „BLMRVRSD” to album trochę o tęsknocie, braku podroży, wiec w klipie do utworu. Pojawiły się moje zdjęcia z pobytu na Islandii… Takie skojarzenia i taka dedykacja. Wysłałem Benowi link do klipu. Nie wiem, czy obejrzał , ale na pewno się ucieszył i podziękował (śmiech).

MM: Rzeczywiście są punkty wspólne z „Mirage”, choć u Bena jest więcej żywych instrumentów i harmonii.

TDE: Tak, „Mirage” to także płyta koncepcyjna. U mnie jest minimalistycznie – tylko dźwięki miasta, fortepian, 2 syntezatory oraz perkusja. Starałem się zachować do końca te ograniczenia, aby płyta była spójna. Niebawem opublikuję utwór, który będzie miał w sobie jeszcze dwa nieużyte na „BLMRVRSD” fragmenty, a całość będzie jedną częścią. Taki continous mix, trwający ponad 40 minut. Przez te ograniczenia myślę, że będzie można traktować jako jeden długi utwór.

MM: No właśnie. To i brak gości-wokalistów sprawia, ze „BLMRVRSD” wydaje się płytą bardziej intymną i wsobną.

TDE: Tak. To zdecydowanie wszystko, co wyszło spod jednej ręki . Jest w tym sporo osobistych inspiracji. Niektórych świeżych, a niektórych jeszcze sprzed kilku lat. To płyta, która powstawała najkrócej i jest bez niczyjego więcej udziału – zarówno muzycznego, jak i technicznego. Samodzielne wszystko nagrałem, zmiksowałem  i zmasterowałem. Jest w niej trochę zmagań z tym, co chce się przekazać, mając do dyspozycji instrument, na którym nie do końca czuje się komfortowo. Z drugiej strony – daje niesamowitą  frajdę oraz inspiracje, gdy po prostu się na nim improwizuje. Nie obrażając pianistów, muszę powiedzieć, że raczej użyłem fortepianu, niż na nim grałem.

MM: Wydajesz płyty głównie w formie elektronicznej. Nie kusi Cię wypuszczanie ich np. na winylu?

TDE: Tak, były plany winylu. Nie tylko tej płyty, ale także poprzednich. „re:Anton” miał wyjść na winylu, ale nie zdążyłem się tym zająć. Miałem na głowie sprawy z festiwalem, koncerty i inne rzeczy. A sprawa z ostatnią płytą jest jeszcze otwarta. Jeżeli okaże się, że będą zapytania i muzyka trafi do ludzi, którym się bardzo spodoba , to czemu nie?

Rozmawiał: Maciej Majewski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Prosimy wpisz swój komentarz!
Prosimy podaj swoje imię tutaj.