Tomasz Jastrun: Z krwi, kości i … czułości

0
1239

– Dzisiaj nie tylko mężczyźni chcą mieć wszystko i szybko. Kobiety się do nich upodabniają. Kiedyś mężczyźni byli oprawcami kobiet, obecnie też w tej kwestii możemy mówić o równouprawnieniu. Popularny zwrot: „załatwimy to po męsku” przestaje mieć sens. Tomasz Jastrun w szczerej rozmowie o kobietach, związkach i książce „Kolonia karna. Sceny z życia małżeńskiego”.

 

Amerykański serial „The Affair” (zresztą nagrodzony Złotym Globem w 2015 roku) utrzymany jest w niebanalnej konwencji: otóż każdy z odcinków zbudowany jest na zasadzie dwugłosu, przepołowienia, zgodnie z którym perypetie i zdarzenia raz opisywane są z punktu widzenia kobiety, raz mężczyzny. Pierwsza część zwykle rozpoczyna się od relacji Noah (pisarza, męża i ojca), druga zaś opowiadana jest z perspektywy Alison (kelnerki i żony). Pana książka „Kolonia karna. Sceny z życia małżeńskiego” również składa się z dwu całostek będących monologiem dwojga ludzi. Niewątpliwie, jej estetyczny walor stanowi podwójna okładka, jak również to, że lekturę można rozpocząć od dowolnej części. Chciałabym zapytać Pana jak narodził się koncept pisania na dwa głosy albo w imieniu dwóch głosów?
– Nie znam tego serialu, chociaż nie jestem aż tak naiwny, by sądzić, że jako pierwszy wpadłem na pomysł dwugłosu. Zawsze intrygowało mnie dlaczego, patrząc na to samo, często widzimy zupełnie co innego. Zastanawiało mnie także, skąd taka piekielna siła konfliktów małżeńskich. A kiedy słucha się później relacji obu stron, to zawsze osoba, która się skarży, wydaje się mieć rację. To już jest temat na książkę. Pokazać, że oboje mają rację i oboje jej nie mają. Ale do tych dwóch skrzydeł książki musiałem jeszcze dojrzeć. Nie ukrywam, że kilka lat temu nagle zaczęliśmy mieć sporo konfliktów z żoną, a wcześniej było idealnie. Żona jest o 20 lat młodsza ode mnie i mamy dwójkę dzieci. Kiedy były w trudnym wieku, dały nam nieźle popalić. Dzisiaj dzieci, wychowywane permisywnie, kosztują nas o wiele więcej energii i czasu niż kiedyś. A czasu mamy coraz mniej. I zrobiło się w naszym domu gęsto od emocji.

Od stanu wojennego mam pewną taktykę, że kiedy pojawia się problem czy sytuacja dramatyczna, próbuję to opisać, zrobić z tego opowieść. I wówczas zyskuję dystans i dramat daje się przeżyć, a nawet jest z niego pożytek. Tak postąpiłem również i w tym wypadku. Początkowo nie miałem wizji pisania żeńskiej części, pracowałem jedynie nad męskim monologiem. Bywało nawet, że podczas kłótni z żoną wołałem: „Poczekaj, poczekaj, muszę to zapisać!”. Wracałem i prosiłem o kontynuację. Świetnie mi się to pisało, wylewałem wszystkie męskie (nie tylko własne) żale do kobiet w nowej epoce, tworzyłem małżeńską księgę Hioba, trochę biorąc z życia, ale więcej jednak wymyślając. A ja przecież wolę kobiety od mężczyzn. O ileż są od nich ciekawsze! A ten męski monolog zrobił się nagle wielkim oskarżeniem żony przez męża. Nic nowego. Nagle pomyślałem, ona musi się bronić. Niech więc będą to dwie opowieści, które idą ku sobie z dwóch stron książki. Szybko jednak okazało się, że żeński głos jest dla mnie piekielnie trudny.

Dlaczego?
– Nie tylko ze względu na to, że nie jestem kobietą, każdy z nas ma w sobie fragmenty drugiej płci. Mężczyzna, pisząc w trzeciej osobie o kobiecie, nie ma aż tak trudno, ale karkołomnym zadaniem jest, kiedy facet zaczyna pisać o kobiecie w pierwszej osobie. (I na odwrót, chociaż wydaje mi się, że kobiecie łatwiej naśladować męski głos w pisaniu, też dlatego, ze macie w sobie więcej empatii). Pisząc w pierwszej osobie jako kobieta, czułem jakbym zmieniał głos męski na żeński, proszę – próbuję teraz – i… to niemożliwe, brzmi karykaturalnie.

A jednak Pana bohaterka posługuje się głosem mocnym, wyrazistym i typowym, w tym sensie, że ujawnia te szczególnie przypisywane kobietom przywary charakteru. Jak się Panu udało uchwycić foniczność kobiecego języka, korzystać z określonego inwentarza słów?

– Szukałem długo ustawienia głosu i tonu. Kobieca część miała wiele wersji i zawsze było coś nie tak, a najgorsze, że było widać, że te dwie części pisał jednak jeden autor. Katastrofa! Na dodatek ona była od niego głupsza i gorsza. Wpadłem w panikę, uznałem, że nie dam rady i że pozostanę tylko przy męskiej części. A wtedy zjedzą mnie feministki i moje własne sumienie. I nagle otrzymałem wsparcie od trzech kobiet, a od jednej z nich szczególnie duże. Przekazały mi trochę żeńskiej materii, to był przeszczep żywej tkanki, który chyba się przyjął. To nie są jakieś duże fragmenty, ale w ten kobiecy krwiobieg weszły prawdziwe żeńskie hormony. I teraz trudno chyba udowodnić, że te dwa głosy pisała jedna osoba.



Od której części sugerowałby Pan rozpocząć lekturę?

– Od męskiej strony, będzie wtedy niespodzianka po lekturze całości. Ale wiem, że sporo osób czyta obie części po trochu. Są jednak po obu stronach różne tajemnice, które wyjaśniają się dopiero po przeczytaniu drugiej części, wiec lepiej nie czytać tego równolegle. Ciekawe, że w tym, jak kto czyta tę książkę, ujawnia się trochę charakter człowieka.

Czy wchodząc tak głęboko w rolę, czuł się Pan czasami jak kobieta?
– Ależ oczywiście i czasami nawet nie l u b i ł a m swojego męża. Nie ulega więc wątpliwości, że Pana książka wyposażona jest w elementy autobiografizmu. Tak, korzystałem z naszych nieporozumień i kłótni, ale nie tak bardzo jak niektórzy podejrzewają. Żona się ze mną nie rozwodzi po publikacji książki, choć to mogłoby być dla promocji „Kolonii karnej” pożyteczne.

Co oprócz uchwycenia odpowiedniego tembru głosu było dla Pana trudne?

– Trudno było składać te dwa monologi, aby do siebie pasowały. Poza tym to opowieść balansująca na granicy wulgarności, a nie chciałem, żeby była niesmaczna. Może taka jest prawda, ale czy musimy pokazywać całą prawdę? Nasza epoka to czas ujawnień. Ktoś na to powie, ale świat był ładniejszy, kiedy co brzydkie było ukryte, a ludzie chodzili do łazienki tylko po to, aby umyć ręce. Zgadzam się, świat był ładniejszy, ale czy lepszy? Myślę, że młodsza generacja nie ma już z tym problemu. Czy Panią razi drastyczność mojej książki?

W Pańskiej książce nie dostrzegam śladów drastyczności albo czegoś, co moglibyśmy określić mianem pornografizacji literatury; na potrzebę chwili skłonna jestem powiedzieć, że Pański opis bliższy jest szeroko pojętemu naturalizmowi.
– Pomogło mi chyba tutaj to, że jestem jednak przede wszystkim poetą. Więc ratuje mnie język, forma, metafora. Pornografia kończy się tam, gdzie zaczyna się sztuka. I wierzę, że ta książka jest chwilami zabawna, to wiem od czytelników. Ironia to moja religia.

Rzeczywiście, śmiałam się tu i ówdzie, choć chyba najmocniej podczas lektury części żeńskiej. W inicjującym rozdziale zatytułowanym „Dwa lustra” obserwujemy dwoje bezimiennych bohaterów podczas wieczornej toalety, przeglądających się i przyglądających się sobie w lustrach. Jego lustro pochlapane jest pastą i mydłem, jej z kolei kryształowo czyste…

– Ten początek jest jakimś fragmentem ich życia, patrzą w dwa lustra, które są obok, jak w swoje życie, lecz zaraz potem zaczynają opowiadać o swoim związku od chwili poznania. Najpierw był raj, a potem wszystko zaczęło zmierzać w kierunku piekła. Niestety, bywa tak często. Na początku idealizujemy siebie i nawet nasze wady nam nie przeszkadzają. Jesteśmy zakochani, a miłość jest ślepa lub taką udaje. Chciałem, żeby ta opowieść była typowa, a jednocześnie indywidualna, stąd moi bohaterowie nie mają imion, nie wiadomo gdzie mieszkają. Na pewno w Polsce, uznałem, że Polska ma jednak swoją specyfikę w sprawach obyczajowych, ale poza tym to może dziać się wszędzie. A wielki małżeński kryzys dotyczy całej naszej cywilizacji.

Czy w takim razie właśnie w imię tej bezimiennej typowości podporządkował Pan epizodyczność i fragmentaryczność fabuły?

– Jak Pani wie, cała ta opowieść jest zbudowana z dwóch monologów, a w nich są małe rozdzialiki z tytułami, które łączą się ze sobą dosyć luźno, ale jednak układa się to w opowieść. Żyjemy w czasach pokawałkowanych, poza tym tak lepiej się czyta. Czy zresztą całe nasze życie nie składa się z takich scen i scenek utrwalanych na dysku pamięci?


W dalszych partiach tekstu stosuje Pan daleko posuniętą stereotypizację ról płciowych: mężczyzna odpowiedzialny jest za utrzymanie domu, kobieta zaś winna stanowić wsparcie emocjonalne, troszczyć się o domostwo w szerokim tego słowa znaczeniu, wreszcie rodzić i wychowywać dzieci. Jak zdaniem Pana – bacznego obserwatora rzeczywistości – przedstawiają się różnice płciowe dziś?
– Oni nadal tkwią w dawnych rolach, ale to nowe już przyszło. Już rozsypują się na naszych oczach dawne reguły gry w małżeństwo, podobnie jak dawne męskie i żeńskie role, a nowych reguł jeszcze nie ma. Oboje zaczynamy być wolni i jak to się teraz mówi: chcemy realizować siebie. A do tej pory małżeństwo to był przymus lub kompromis oparty na obyczajach. Dzisiaj o kompromis bardzo trudno, bo przecież musimy się realizować, kobietom już rola matki nie wystarczy. To jest wytłumaczenie, dlaczego dzisiaj połowa małżeństw się rozpada, a ile się nie rozpada, tylko dlatego że ludzie tak utknęli w sobie, że nikt nie ma już ruchu?

Ignacy Krasicki w utworze „Małżeństwo” pisał: „Chcesz się żenić – winszuję – ale nie zazdroszczę”. Czy Polska ma tu swoją specyfikę?

– Wcześniej Szekspir napisał „Poskromienie złośnicy”. Od starożytności faceci zawsze okropnie narzekali na kobiety, na jędze, hetery, a szczególnie na swoje żony. Kobiety w tej sprawie głosu nie miały. W Polsce było to skomplikowane, szanowane były białogłowy, potem była matka Polka, ale różnie to bywało, w różnych środowiskach. Ujawniło się to jak żona Lecha Wałęsy opowiadała o swoim życiu. W grupie inteligenckiej dominował model romantyczny, chyba że romantyk się upił, to wtedy bił. Mężczyźni zostali w Polsce zdruzgotani przez historię i jeszcze się nie odbudowali do końca. Współczuję kobietom, które muszą w Polsce znaleźć faceta. Jak mówiłem, wolę kobiety i zawsze je idealizuję, chociaż mi trudniej.

Dlaczego?

– Bo rozsypał się model grzeczniej dziewczynki. Anielskie skrzydła są już w piwnicy. Chyba lubiłem być trochę oszukiwany.

Zuzanna Celmer w książce „Człowiek na całe życie” notowała: „Kobiety zdradzają z tysiąca i jednego powodu […] Kobieta może zdradzić z »zemsty«, ponieważ chce zrobić na złość”. Podobnym tropem podąża Pana bohaterka. Najpierw bacznie obserwuje męża, a kiedy dostrzega pierwsze symptomy zdrady (spinka do włosów znaleziona w aucie, bliżej przysunięte siedzenie w samochodzie, odmienne od codziennego zachowanie męża, będącego w „podejrzanie dobrym humorze”), w jej myślach kiełkuje pytanie: „jak zemścić się za wszystkie jego wiarołomstwa? Nie jestem specjalnie mściwa, ale jeśli ktoś zrobi mi krzywdę, to nie ma przebacz. Teraz najłatwiej znaleźć partnera…”. Czego brakuje bohaterom (rzecz jasna: w domyśle ludziom w ogóle) w stałym związku?
– Zawsze najbardziej brakuje dialogu i spokoju, czas przyspieszył, więc nikt już nie ma spokoju, biegniemy i nie dajemy rady, a kiedy jest się w stresie, mówi się rzeczy straszne, co żłobi w nas głębokie koleiny i tak już jedziemy nimi do piekła. Ale kiedy nagle jest chwila spokoju, dzieci u babci, a my na Krecie, harmonia na chwilę wraca do związku.

Inkrustuje Pan swoją prozę wymownymi cytatami z Księgi Hioba („…i położyła się na mnie chmura gradowa”, „Czego lękałem się najbardziej, spotkało mnie”. Są to znaczące i gorzkie odwołania, szczególnie w kontekście lektury i opowiedzianej relacji damsko-męskiej. Czy wierzy Pan w miłość do grobowej deski, w trwałość uczuć?
– Miłość nie trwa długo, szybko się wypala, ale potem może być czułość i przywiązanie. Pytałem kiedyś izraelskiego pisarza, Amosa Oza, który – jak zauważyłem – jest nadal bardzo blisko ze swoją żoną, a obydwoje mają już sporo lat: Jak ty to robisz? A on na to: my się ze sobą przyjaźnimy.

Bogusław Mec śpiewał niegdyś: „Naprawdę jaka jesteś, nie wie nikt”. W tym kontekście, pytanie o współczesną kobietę, mogłoby – jak sądzę – przysporzyć nie lada trudności. Zapytam więc z przekorą i pokrętnie: jakie cechy charakteru ceni Pan u kobiet najbardziej, a które z nich wywołują irytację?

– Jednak chce Pani, żebym podpadł nie tylko feministkom. To będzie straszne uogólnienie, ale trudno: Lubię w kobietach ich kobiecość, miękkość, delikatność, czułość, psychologiczne myślenie, macierzyństwo, oczy, włosy i miękka skórę. I że tak dobrze mi się z nimi rozmawia, a z facetami kiepsko. Nie lubię, gdy kobiety bywają histeryczne i podstępne. Faceci aż tak nie knują, ale to pozostałość po czasach, kiedy intrygi były jedyną bronią kobiet.

Nakładem Wydawnictwa PWN, ukazała się książka Philipa Zimbardo pt. „Gdzie Ci mężczyźni?”. Według amerykańskiego psychologa młodzi mężczyźni nie potrafią stworzyć dojrzałej relacji z kobietą: „Dziś – pisze Zimbardo – wielu młodych mężczyzn, którym udaje się znaleźć partnerkę, czuje, że mają prawo, więcej: są upoważnieni do tego, by nie wnosić do związku nic poza własnym istnieniem”. W efekcie nie są zainteresowani utrzymaniem długotrwałej relacji, tj. przyjęciem odpowiedzialności ojca czy męża, wszak – upraszając nieco sprawę – najlepiej czują się przed ekranem komputera i telewizora („dla wielu chłopców […] bezpiecznym miejscem są gry wideo i pornografia”). Co na ten temat sądzi ojciec dwóch synów? Jak wychować potomka na mężczyznę z krwi i kości?

– Dzisiaj nie tylko mężczyźni chcą mieć wszystko i szybko. Kobiety się do nich upodabniają. Kiedyś mężczyźni byli oprawcami kobiet, obecnie też w tej kwestii możemy mówić o równouprawnieniu. Popularny zwrot: „załatwimy to po męsku” przestaje mieć sens. I rozsypuje się na naszych oczach model męskiego mężczyzny, już nie tylko siła i stanowczość jest konieczna, a też miękkość i elastyczność – z tym mężczyźni mają wielki problem. A co się zmieniło? Mężczyzna powinien być z krwi i kości, ale też z czułości.

Rozmawiała: Angelika Łuszcz
fot. East News

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Prosimy wpisz swój komentarz!
Prosimy podaj swoje imię tutaj.