Schema: Wyłamujemy się z reguły pewnej monotonii, której gatunek przeważnie hołduje

0
231

Schema to nie jest zespół, który udziela się dość często na polskiej scenie. Więcej – właściwie dopiero zaczyna się na niej rozgaszczać. Po udanej, surowej EP-ce „Miasto nierzeczywiste” sprzed 5 lat, przyszedł czas na pełnowymiarowy debiut w postaci płyty „Pierwsze zauroczenie”, będącej ciężką, doomową podróżą do mrocznych zakamarków ludzkiego jestestwa. O tym, czym jest muzyka doomowa w życiu muzyków Schemy oraz o tym, co działo przez wszystkie lata w grupie aż po dzień dzisiejszy, opowiedzieli mi perkusista Jakub “Qba” Łukowski oraz wokalista Filip Doroszewski.

 

 

MM: Bardzo długo nagrywaliście ten materiał – 3 lata. Czym to było spowodowane?

JŁ: Nikt z nas nie zajmuje się muzyką profesjonalnie. Schema powstała jako odskocznia od codzienności i to już prawie 17 lat temu. W którymś momencie w ogóle nasze drogi muzyczne się rozeszły i część albo grała zupełnie inne rzeczy, albo w ogóle przestała. Jednak cały czas się kumplowaliśmy i po którymś piwku z kolei padł pomysł, żeby może wrócić do tego i nagrać ten materiał, bo przez lata grania zrobiliśmy kawał dobrej muzyki. I tak to się zaczęło. Najpierw próby, żeby zgrać się na nowo, a jak to się wydarzyło, to wiadomo że i nowe, świeże pomysły się pojawiły. Materiał trochę wyewoluował i nawet zagraliśmy koncert w międzyczasie… Kiedy w końcu wzięliśmy się za nagrywanie, to dla większości z nas było to również nowe doświadczenie. Ostatecznie usiedliśmy do pracy z chłopakiem, którego poznaliśmy w salce, w której graliśmy próby wtedy. Nagraliśmy perkusję i gitary. Wtedy też pojawiły się pierwsze zgrzyty, które ostatecznie doprowadziły do rozstania się z tym ziomkiem i szukaniem nowego studia i dźwiękowca. W końcu trafiliśmy do studia Wieloślad, gdzie udało się nagrać wokale i bas. W międzyczasie, gdy szukaliśmy, naszemu basiście urodziło się dziecko, więc to też trochę wydłużyło czas nagrywania. Po nagraniu wszystkich ścieżek, kolejnym krokiem było znalezienie kogoś do mixu i zmasterowania, kto jednocześnie poczuje klimat takiej muzyki i pomoże nam osiągnąć to brzmienie, jakie nam się marzyło. W końcu nasz gitarzysta po przez swój drugi projekt poznał Marcina z Mustache Ministry, który świetnie to poczuł!

MM: Myślałem, że po „Mieście nierzeczywistym” nabierzecie rozpędu?

JŁ: My też tak myśleliśmy (śmiech). Ale to jest muzyka, która też musi dojrzewać. Jak teraz się posłucha „Miasta nierzeczywistego”, to nie da się ukryć drastycznego skoku jakościowego tych nagrań. EP-ka była pierwszą próbą zmierzenia się z tym tematem, a okazała się bardzo potrzebnym kubłem zimnej wody, który tylko pokazał nam, że wymaga to naprawdę dużo pracy. Pracy, która zdecydowanie popłaca. Bo i materiał na nowej płycie brzmi lepiej i my jesteśmy dużo bardziej z niego zadowoleni. Aż by się chciało nagrać „Miasto…” jeszcze raz (śmiech).

FD: W jakimś sensie tak było. Ten materiał był z jednej strony zamknięciem pewnego etapu, podsumowaniem wieloletniej działalności zespołu w całkowitym podziemiu muzycznym. Z drugiej strony – rozbudził apetyty. Chcieliśmy nagrać coś, co będzie brzmiało dojrzalej i ciężej. I początkowo wyglądało, że idzie to w dobrą stronę. Ale – jak powiedział już Kuba – potem weszła proza życia i przyszło poczekać na efekty baaardzo długo. Myślę, że była to również kwestia nabrania dystansu – nawet jeśli nie planowaliśmy tak długiej przerwy, w jakimś sensie była ona korzystna.

MM: Z jednej strony rozumiem chęć poprawienia jakości brzmienia, ale z drugiej, gdyby „Pierwsze zauroczenie” też brzmiałoby tak piwnicznie, to robiłoby jeszcze lepsze wrażenie.

JŁ: Jedno to brzmienie piwniczne, które jest po prostu surowe i faktycznie ma swój urok, ale z drugiej strony na „Mieście” dużo jest zwyczajnych błędów, które – mamy nadzieję – tutaj udało się uniknąć. Zależy nam bardzo na surowości brzmienia. Nie przeginania z bajerami. Ta muzyka musi łapać za serce taką prostotą brzmienia. Wydaje mi się udało nam się właśnie to osiągnąć na „Pierwszym zauroczeniu”, gdzie kiedy ma być ciężar, to wbija on w fotel, a tego na EP-ce zabrakło.

FD: Ciekawe spojrzenie – nie myślałem o tym w ten sposób. To mi się kojarzy z tym, co Varg z Burzum mówił o programowym unikaniu „dobrej produkcji”. Z pewnością są tego zwolennicy. Ale nie mam poczucia, że przesadziliśmy ze szlifowaniem brzmienia – jest ono dalej surowe, ale niuanse są lepiej słyszalne, a ciężar bardziej przytłaczający. Przynajmniej w moim odczuciu.

JŁ: Pamiętam jak przy singlu „Nim wstanie dzień”, gdy wchodzi pierwszy spokojny fragment, mieliśmy dyskusje o tym, jak to ma brzmieć. Po skończeniu całego procesu nagrywania, dostaliśmy zgrywkę materiału bez żadnej obróbki. I kiedy ten fragment usłyszałem w słuchawkach na spacerze, to musiałem się zatrzymać na chwilę, bo tak mnie poruszył. A potem Marcin przygotował pierwszą propozycje mixu i dodał tam dużo efektów z pogłosami itp. Od razu magia zniknęła… Poprosiłem go, żeby posłuchał tego surowego nagrania i wrócił do tego brzmienia. Nasz gitarzysta wtedy zrobił wielkie oczy, że jak to?

FD: W każdym razie Twój głos Maćku, to cenna wskazówka na przyszłość, żeby z większą śmiałością traktować „piwniczność” jako ważny środek wyrazu (śmiech)

MM: Skoro o nim wspomnieliście – skąd w ogóle pomysł, by brać na warsztat piosenkę Agnieszki Osieckiej, którą wszyscy znają z pomnikowego wykonania Edmunda Fettinga?

FD: To prawda – wykonanie Fettinga jest poruszające. Ale to raczej melancholijna dumka. A ja, kiedy usłyszałem ten tekst, poczułem, że jest on stworzony do ciężkiej muzyki, więcej – do muzyki doom metalowej. Że nagromadzone w nim emocje potrzebują znacznie silniejszego wyrazu. W moim odczuciu nasza aranżacja wydobywa tylko to, co w tych słowach już jest. Trzeba się w nie tylko przez chwilę wsłuchać. Mimo prostoty, wiersz Osieckiej jest niezwykle poruszający. Poruszający co najmniej na dwóch poziomach. Po pierwsze – odnosi się do konkretnej, bardzo dramatycznej rzeczywistości historycznej, która, mimo upływu czasu, wciąż oddziaływuje na naszą codzienność. Opowiada o czasach wielkiej ciemności, ale i niegasnącej nadziei. To pewna metafora polskiej postawy wobec trudnej historii naszego kraju. Po drugie – tekst ma wydźwięk uniwersalny. Opisuje doświadczenie, z którym każdy z nas w życiu jakoś się mierzy. Doświadczenie trudności i przeciwieństw, które niejednokrotnie zdają się być ponad nasze siły, otaczają nas nieprzeniknionym mrokiem. Zawsze wtedy warto pamiętać, że po nocy zawsze wstaje dzień. Ta nadzieja trzyma nas przy życiu. Dlatego, moim zdaniem, warto było opowiedzieć tę historię w takiej formie. Dowodem na to, jak tekst Osieckiej potrafi dotknąć, niech będzie ta historia: kiedy po raz pierwszy, dawno temu, zaproponowałem, żebyśmy stworzyli naszą aranżację, jeden z naszych byłych gitarzystów, wrażliwy chłopak, powiedział, całkiem serio, że on nie mógłby tego grać nie płacząc. Szczęśliwie z czasem zmienił zdanie.
MM: Płyta jednak zaczyna się dość przytłaczająco: „Katedralny pył” i „Latarnik” trwają łącznie ponad 20 minut. Wiem, że pierwszy z nich czekał 15 lat na zaistnienie w takiej formie, a jak było z tym drugim?

JŁ: „Latarnik” jest chyba drugim najstarszym utworem na tej płycie. Zwłaszcza jego pierwsza część powstała już dawno temu. Końcówka ewoluowała w czasie, ale początek – po za drobnymi zmianami stylistycznymi – nie zmienił się bardzo. To jednocześnie jest utwór, którym sami podnieśliśmy sobie poprzeczkę. Nie jest to po prostu wolny doomowy kawałek z ryczeniem. Przyznam, że długo nie byłem zadowolony z jego brzmienia. Teraz jednak to jest prawdziwa perła. No i ten tekst!! Filip wzniósł się na wyżyny. I osobiście uwielbiam, kiedy w połowie zmieniamy motyw. Moment przejścia ze zwrotki, kiedy bas zaczyna grać już niepokojąco w tle, zawsze wywołuje u mnie ciarki.

FD: „Latarnik” nie jest młodzikiem, ale jednak do „Katedralnego…” sporo mu jednak brakuje. Tekst powstał na pewno po 2010 roku, a pierwsza muzyczna koncepcja zaczęła się wykluwać gdzieś na przełomie 2012 i 2013 roku. Ciekawostką jest to, że prace nad nim podjęliśmy w trybie prób domowych. Po paru latach niebytu Schema wznowiła próby u naszego basisty w domu. Graliśmy bez prądu – pudło, wokal bez mikrofonu itp. Z czasem wróciliśmy do grania w salach.

MM: Przez to, że te utwory są tak długie i zmienne, brzmi to, jakbyście upchali w nich kilka kawałków. Najlepszym dowodem na to jest także „From Whence Doom Comes”, będący hołdem dla Aarona Stainthorpa z My Dying Bride. A jak to się stało, że w połowie tego kawałka niemalze wpletliście fragment „Sabbra Cadabra” Black Sabbath?

FD: Hahaha! Pewnie mówisz o tym dynamicznym fragmencie, który ja zawsze identyfikuję ze stylem Opeth. Ale słusznie: mówienie o zaczerpnięciu inspiracji od Black Sabbath brzmi nawet lepiej (śmiech). A tak na poważnie, to nasz gitarzysta Tomek poczuł potrzebę zagrania tam takiego motywu, a reszta nie miała nic przeciw. Wiem, że nie podbijemy serc wielbicieli radio cut’ów, ale cóż – w doom metalu rozbudowane kompozycje są cnotą. Może wyłamujemy się z reguły pewnej monotonii, której gatunek przeważnie hołduje, ale z drugiej strony – robimy to, co nam w duszy gra.

JŁ: Co do długości i zmienności, to można by prosto powiedzieć, że to kwestia doomowej stylistyki, ale byłoby to uproszczenie. Myślę, że podstawowym powodem takiej ich budowy jest właśnie czas, jaki poświęcaliśmy na ich tworzenie i granie. Zawsze spotykaliśmy się po prostu dla grania, dla samej frajdy oddania się takiej muzyce i zapomnienia o tym, co się dzieje poza salą. Jednocześnie nie chodziło o zwykłe nawalanie w instrumenty, a o chęć wydobycia z siebie prawdziwych emocji, które jako stuprocentowi faceci, często musimy ukrywać. Inni spotykają się na wódce i dopiero, jak się upiją, to wychodzą z nich emocję, a dla nas była tym muzyka. A że emocji było dużo i to różnych, bo każdy przynosił swoje, to i muzyka jest zróżnicowana. Bo ważną informacją jest to, że poszczególne fragmenty są różnych członków zespołu. A to ktoś zaproponował taki riff, a to takie przejście.

MM: A skąd pomysł, by uczynić z tego utworu hołd dla Aarona?

JŁ: Najprościej mówiąc, bo My Dying Bride jest jedną niezmienną w naszym muzycznym życiu. Od kiedy się poznaliśmy, aż po dzień dzisiejszy – ich muzyka zawsze nasz inspirowała i nadal to robi. I dodatkowo raz jeden pojechaliśmy na prawdziwy zespołowy wyjazd, właśnie na koncert MDB (śmiech).

FD: Kiedy byłem młodszy, MDB było dla mnie jak Biblia. Byłem pod przemożnym wpływem tego zespołu. Trafiał do moich emocji, powiedziałbym nawet, że w jakimś sensie był przestrzenią, w której emocje te mogły wybrzmieć. Nie przesadzę wiele, jeśli powiem, że przez wiele lat muzyka była dla mnie tożsama z MDB. Nawet jeśli już tak nie jest, to mam poczucie ogromnego długu, który zaciągnąłem u Aarona jako człowiek i jako muzyk. Krótko mówiąc – MDB było jednym z najbardziej wstrząsających doznań estetycznych w moim życiu. Być może świadczy to o moim wewnętrznym ubóstwie, osądźcie to sami (śmiech).

JŁ: Myślę, że możemy się też przyznać, że napisaliśmy do Aarona i przesłaliśmy mu ten utwór. Powiedział że mu się podoba (śmiech).

MM: Filip, na płycie jest sporo różnych form wokalnych. Od deklamacji po chóry. Do której z nich Ci najbliżej?

FD: Na pewno każda z tych form ma inną temperaturę emocjonalną. Ryk jest jak kucie ciężkim młotem – osiąga się nim potężny efekt, ale nie ma już miejsca na finezję. Pewien typ przekazu wymaga formy delikatniejszej, bardziej lirycznej. Śpiew i deklamacja dają znaczenie więcej przestrzeni dla wyrażenia melancholii, czy zadumy. Pozwalają przekazywać subtelniejsze uczucia, niż to możliwe przez bezpardonowy ryk. Trudno mi powiedzieć, do której z tych form mi najbliżej – powiedziałbym raczej, że cieszę się z ich różnorodności, bo to pozwala mi się wyrazić pełniej w muzyce.

MM: Płyta ukaże się w kwietniu. Planujecie klip do któregoś z utworów?

JŁ: Klipu z prawdziwego zdarzenia niestety nie. Całe wydawnictwo jest robione naszym własnym sumptem i po prostu nie mamy możliwości, żeby zrobić poważną produkcję. Będziemy kombinować z jakimiś ciekawymi i prostymi motywami.
FD: Cóż – jako samowydająca się kapela, jesteśmy ze świata skromnych budżetów (śmiech). Mamy pewien pomysł na prosty film do drugiego singla „From Whence Doom Comes”. Zobaczymy, czy uda nam się go zrealizować.

MM: A koncert zagracie? Bo to chyba nieczęsto się dotąd zdarzało

JŁ: Marzy nam się zagrać. I to marzy nam się taki podsumowujący te ponad 17 lat. Czyli np. zaprosić muzyków, którzy grali z nami przez lata, żeby na chwilę weszli na scenę. Ale dobrze wiemy, że w dzisiejszych czasach możemy sobie na razie tylko o tym myśleć. Na pewno jeżeli sytuacja się zmieni, to będziemy do tego dążyć.

FD: O, marzymy o tym! I myślę, że już byśmy to zrobili, gdyby nie pandemia. Na pewno mamy to w planie, kiedy tylko pojawi się taka możliwość.

Rozmawiał: Maciej Majewski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Prosimy wpisz swój komentarz!
Prosimy podaj swoje imię tutaj.