Marcin ‘Ven’ Łuczyński: Było wiele podróży muzycznych w moim życiu w myśl hasła „gdziekolwiek byłem, zawsze tworzyłem

1
166

Marcin ‘Ven’ Łuczyński jest obecny na krajowej scenie od trzech dekad. Współpracował m.in. z grupami The Analogs, Indios Bravos, czy Włochaty. Ten zdolny klawiszowiec wreszcie uraczył nas solowym albumem, zbierającym fascynacje muzyką elektroniczną, sięgającą nawet 40 lat wstecz. O założeniach i podejściu muzycznym, jakie przyjął na albumie „Desert”, opowiedział nam w poniższej rozmowie.

 

 

 

MM: „Desert” brzmi jak podróż maszyną czasu do okresu, gdy muzyka elektroniczna w istocie była analogowa. Taką tworzył na przykład Jean-Michel Jarre. Wiem, że to nie jest koncept album, ale jakaś myśl, pomysł, idea ją prowadzi?

MŁ: Ideą były i są w dużej mierze brzmienia, które mogę wykreować na swoich instrumentach. Istotnym elementem mojej twórczości jest też kompozycja, harmonia i melodia. To te składowe w połączeniu z partiami solowymi, mogą przywodzić na myśl klasyczne dokonania, bo w samej istocie te elementy były zawsze podstawą kompozycji. Do tego moje podejście do instrumentów elektronicznych jest bardzo klasyczne. Partie są zagrane na żywo, więc czynnik ludzki i ekspresyjny jest umiejscowiony naczelnie.

MM: No właśnie, a element retro zdaje się być aż nadto słyszalny. Wykorzystywałeś jakieś instrumenty stricte współczesne przy aranżowaniu i nagrywaniu tych kompozycji?

MŁ: Tak naprawdę wykorzystuję tylko instrumenty współczesne, ale w doborze ich kieruję się kryteriami możliwości kreacji dźwięków i brzmień w czasie rzeczywistym. Tak jak w przypadku wirtualnego analoga Nord lead a1, w którym mogę nakładać cztery brzmienia równocześnie, kreując potężnie analogowy sound.

MM: Jesteś obecny na scenie od 30 lat. Dobrze rozumiem, że to pierwszy w pełni solowy album w Twoim dorobku?

MŁ: Było wiele podróży muzycznych w moim życiu w myśl hasła „gdziekolwiek byłem, zawsze tworzyłem” (śmiech). Wiele z tych przygód zarejestrowanych zostało w formie dem, ale tak „Desert” jest pełnoprawnym solowym wydawnictwem i w odróżnieniu od poprzednich projektów zrealizowany w pojedynkę.

MM: Czemu zatem dopiero teraz zdecydowałeś się na jego realizację?

MŁ: Myślę że musiałem zatoczyć pewne koło od form rockowych, progresywnych, fascynacji muzyką reggae, ska, bluesem. Przejść od form piosenkowych do powrotu do muzyki instrumentalnej, muzyki która towarzyszyła mi równolegle od zawsze i teraz znalazła ujście w formie jaką jest „Desert”.

MM: Długo zbierałeś kompozycje na ten album?

MŁ: Album w zasadzie jest w połowie retrospekcją, a w połowie strzałem nowych rzeczy od ręki, zainspirowanych konfiguracją instrumentów.

MM: Te różnice są słyszalne. „The Last Goodbye” ma bardziej współczesny bit, zaś „Walking Through” brzmi jak soundtrack do gry komputerowej.

MŁ: Akurat te dwa utwory, które wymieniłeś to żeczy nowe, przy czym „Walking Truth” ma klasyczne brzmienia rhodesów, linia melodii prowadzącej jest mocno analogowa, a „The Last Goodbye” to żeczywiście utwór oparty na bardziej  nowoczesnym bicie, ale okraszony formą linii leadowych.

MM: Dostałem płytę w formie cyfrowej. A czy ukaże się ona na winylu?

MŁ: Bardzo bym sobie tego życzył, ale zobaczymy jak to się dalej potoczy.

MM: Będziesz grał koncerty z tym materiałem?

MŁ: Oczywiście, jeśli jakkolwiek ten temat teraz ma sens… Bez względu na okoliczności, planuję przynajmniej jakiś live w formie streamingowej.

Rozmawiał: Maciej Majewski

 

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Prosimy wpisz swój komentarz!
Prosimy podaj swoje imię tutaj.