Hubert Gawroński: Z płyty na płytę proporcje naszych polskich piosenek rosną

0
185

Drugi album otwockiej grupy The Rookles, otwiera szersze pole do dalszych muzycznych exploracji zespołu. To już nie jest tylko inspiracja brzmieniem The Beatles,, czy britpopem, ale także psychodelią, a nawet disco. Co więcej – grupa coraz śmielej wykonuje piosenki w języku polskim i takie podejście chce przyjąć także w przyszłości. O szczegółach opowiedział mi gitarzysta i wokalista formacji – Hubert Gawroński.

 

 

MM: „Przygotowując się do pracy nad tym albumem, skreśliliśmy to, z czym się nie zgadzamy, i podkreśliliśmy to, co dla nas ważne.” – czy to dotyczy okładki „Draw The Line”?

HG: Jak najbardziej, choć dotyczy to również wielu innych aspektów – chociażby postawy całej naszej trójki podczas pracy nad „Draw The Line”. Ja np. skreśliłem swoje dość egoistyczne podejście, które (i śmiało to po latach przyznaję) miałem podczas pracy nad debiutem. Wtedy chciałem kontrolować absolutnie każdy aspekt działalności zespołu. Chciałem być muzykiem, aranżerem, producentem, ogarniać promocję, umieścić najwięcej swoich piosenek i odpowiadać absolutnie za wszystko. Teraz się z tym nie zgadzam. Obecnie ważne było dla mnie otwarcie się na sugestie i zdanie innych – nie tylko chłopaków z zespołu. Wydaje mi się, że w tej kwestii mocno dojrzałem. W każdym wywiadzie zamierzam podkreślać, jak bardzo jest to zespołowy album, bo jest to po prostu dla mnie ważne.

MM: Płytę otwiera utwór „H.I.F”. Co oznacza ten tytuł?

HG: Jesteś pierwszą osobą, która o to spytała publicznie (śmiech). To skrót od: Hypocrites Ignorants Fanatics.

MM: Mówisz, że ten numer zainspirowały nagrania Glenna Hughesa, które łączą hardrocka z sekcją dętą. Tymczasem ja odnoszę wrażenie, że ten dęciaki robią z tego raczej numer ska

HG: Bardzo ciekawy punkt widzenia, choć ja  tutaj tego nie słyszę. Zresztą jeżeli mam być szczery – nigdy nie byłem fanem ska. Dla mnie to po prostu funk-rockowy red-hotowo, hughesowki, extremowski protest song z nutką Jamesa Browna w środku, zachęcający do włączania samodzielnego logicznego myślenia, zgłębiania wiedzy i otwarcia się na poglądy innych.

MM: W „Jestem sam” słychać spory dysonans – rasowe granie, świetna sekcja dęta, a tekst jest dołująco-depresyjny.

HG: Właśnie zwróciłeś mi uwagę na to, że w zasadzie stosujemy ten patent od czasów naszej pierwszej płyty. Przykładem może być utwór „Fall In Love Again” – muzycznie mamy tam mnóstwo wpływów radosnego mersey beatu. Muzycznie mnóstwo szczęścia, beztroski, pogodnych harmonii wokalnych – a w tekście naprawdę dużo ciężkich rzeczy. Kurczę, czyżby rodził nam się jakiś znak rozpoznawczy naszej twórczości? (śmiech). Wydaje mi się, że w „Jestem sam” nie ma aż takiego dysonansu, ale zgadzam się, że w tekstach na „Draw The Line”, częściej poruszamy się w rejonach smutku, manipulacji, niewygody, czy kłamstwa, niż w krainie radości, komfortu i ekscytacji. Powód? Sam Maciek przyznaje, że właśnie na takim etapie życia był, gdy tworzył wszystkie teksty do tego albumu. O więcej musiałbyś spytać mojego brata.

MM: Słuchając tej płyty słychać nie tylko wpływy mersey beat, czy gitarowego grania z lat 90. Mnie „Draw The Line” kojarzy także z twórczością grupy Komety.

HG: Obawiam się, że ciężko mi będzie odnieść się do tego pytania, ponieważ (o ile pamięć mnie nie zawodzi), moją jedyną stycznością z Kometami było obejrzenie ich występu w filmie „Głośniej od Bomb” Wojcieszka, a to zdecydowanie za mało, bym mógł odpowiedzieć. Ale w takim razie chętnie zapoznam się z ich płytami i porównam „Draw The Line” do ich twórczości. Tym bardziej, że od jakiegoś czasu chodzi za mną chęć poznania polskich bandów grających rockabilly.

MM:  Ciekawy kierunek obraliście w  „Edenie” – lekko psychodeliczny, trochę wykręcony. Czy to prognostyk na przyszłość?

HG: Te wszystkie psychodeliczne przyprawy, tajemnicze efekty, czy pogłosy jak ulał pasowały nam do tematyki kawałka. Skoro w tekście podkreślamy niezwykłą kreatywność ludzkiego umysłu. Tak samo pomysłowo chcieliśmy podejść do warstwy muzycznej. Nie sądzę jednak, że jest to prognostyk na przyszłość, ponieważ naszą myślą przewodnią zawsze jest „służenie piosenkom”. Może to zabrzmi przedziwnie, ale bardzo często na próbach czuję, że rodzący się właśnie utwór sam woła do mnie: „Hej, potrzebuje tutaj bluesowego intro!”, „Ej, to przejście perkusyjne za cholerę nie pasuje” czy „przesuńcie proporcje na funk, dodajcie więcej tłuszczu w basie, a zabrzmię lepiej”.  Nigdy też nie planujemy na zasadzie: „teraz napiszemy kawałek w stylu The Killers” czy „dziś stawiamy wyłącznie na rzeczy psychodeliczne”. Obecnie jedynym ruklesowym kierunkiem i prognozą na przyszłość jest nagranie trzeciej płyty wyłącznie w języku polskim. Chciałbym również w przyszłości zarejestrować album akustyczny. A jeżeli miałbym kiedyś coś zrobić solo, to marzy mi się… swingowa ep-ka ze standaradami nagrana z big bandem. Serio!

MM: Idąc tym tokiem: czy to znaczy, że teksty angielskie „nie służą” piosenkom?

HG: Wszystkie sytuacje, o których wspominałem wyżej, to kwestie czysto aranżacyjne i muzyczne. Teksty to jednak inna sprawa. Rybki, czyli tzw. zalążki numerów z „Draw The Line”, ogrywaliśmy na próbach w dwóch wersjach językowych. Jeżeli kawałek lepiej brzmiał po angielsku – po prostu szlifowaliśmy go dalej w tym języku. Jeżeli uznaliśmy, że w języku polskim w 100% udało nam się oddać przekaz kończyliśmy go po polsku. Tu chodzi również o naturalny progres. Z płyty na płytę proporcje naszych polskich piosenek rosną. W przypadku debiutu były to dwie kawałki bonusowe. W przypadku „Draw The Line” praktycznie połowa płyty. Z kolei biegnąc myślami ku trzeciej, czujemy, że jesteśmy w stanie całość zarejestrować po polsku.

MM: Natomiast „Ostatnie słowo” ma w sobie rytm… disco.

HG: Zgadzam się z tym. Oczywiście nie w tej najczystszej gatunkowo formie. To jest raczej taki nasz fragment tanecznego parkietu, który wcześniej eksplorowali Franz Ferdinand czy The Strokes. Pamiętam też, że Maciek podczas tworzenia „Ostatniego słowa” odkurzył i bardzo mocno nasiąknął kultowym „Girls & Boys” Blur. Co mogę dodać więcej? Bardzo lubię takie klimaty! Pamiętam, że po obejrzeniu serialu „Vinyl”, moim muzycznym kleszczem stał się numer „Kill The Lights” Alexa Newella i DJ Cassidy. Słuchałem go po prostu w kółko. Moja narzeczona przypomniała mi również wiele ‘ejtisowych’ perełek typu „She Can’t Love You” Chemise i było to absolutnie super. Nie dzielę muzyki na gatunki. Najbliższy jest mi rock i soul, ale podkreślę, że słucham każdego rodzaju muzyki i w każdym znajdę coś, co potrafi mnie znokautować.

MM: Co dalej? Planujecie jakiś klip, koncerty?

HG: Stan na chwilę obecną – z pewnością chcemy jak najszybciej skończyć teledysk, do którego plenerowe zdjęcia rozpoczęliśmy jeszcze w marcu, a które (z wiadomych względów) musieliśmy przerwać. Dodatkowo mam nadzieję, że do końca roku powstanie jeszcze jedna animacja ilustrująca kolejny utwór z albumu. Dalej zapowiada się bardzo ciekawa część, ponieważ wraz z nowym członkiem zespołu (z którym również nie zdążyliśmy jeszcze odbyć ani jednej próby), zamierzamy równolegle przearanżowywać bogaty materiał z „Draw The Line” na surowszy, czteroosobowy rockandrollowy skład i pracować nad świeżymi kawałkami. Mamy już pierwsze szkice, które brzmią dla mnie niezwykle ekscytująco. Koncerty? Będę totalnie szczery – czuję, że usycham bez grania na żywo, więc nie mogę się po prostu doczekać powrotu na scenę.

Rozmawiał: Maciej Majewski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Prosimy wpisz swój komentarz!
Prosimy podaj swoje imię tutaj.