Filip Wiśniewski: Wierzę, że wszystko ma swoje miejsce i czas

0
108

Filip Wiśniewski – biznesmen, polityk. Był najmłodszym w Polsce menedżerem sportowym i jednym z najmłodszych kandydatów w wyborach do Sejmu w 2015 roku na listach Prawa i Sprawiedliwości. Jego kariera została przerwana przez chorobę. Dziś bardzo szczerze o tej chorobie i swojej walce o życie.

 

 

Pana metamorfoza jest spektakularna. Gdy porównuję Pana zdjęcia sprzed kilku lat i Pana dziś, to widzę dwie inne osoby. To efekty zdrowszego niż przez lata trybu życia?

Dziękuję, absolutnie tak. Dużo zmian wprowadziłem w codzienne tryby swojego funkcjonowania, stopniowo testując na sobie nowe nawyki. Jestem bardzo szczęśliwy, że i wewnętrznie i zewnętrznie dają mi one sporo siły, energii i są zauważalne. Dieta, odstawiony alkohol i papierosy, regularny trening i praca nad swoim rozwojem osobistym to dziś całe moje życie.

Nie zawsze było ono takie kolorowe. Ponad dziesięć lat walki z uzależnieniem od kokainy.

Tak. To cud, że żyję, że mam taką siłę do walki, ciągłą mobilizację do zmian, do dobrej drogi. To naprawdę cud podparty bardzo ciężką pracą nad sobą, przy wsparciu rodziny i bliskich mi osób.

Media zainteresowały się Panem na poważnie w 2015 roku. Były menedżer sportowy, jeden z najmłodszych kandydatów w wyborach do Sejmu z list Prawa i Sprawiedliwości, spekulowano o tece wiceministra sportu. Wyciągano na powierzchnie informacje o Pana relacjach, o życiu prywatnym. Nie zastanawiał się Pan, po co to Panu było?

Wyciągano fragmenty z mojego życia. Podkreślę – wybrane fragmenty. Często zmanipulowane, łączone w straszliwie nikczemny sposób, niemające ze sobą nic wspólnego. Czy się zastanawiałem? Niejeden raz. I wie Pani co? Nie żałuję. Być może to, że mogłem wydać taki krzyk rozpaczy, uratowało moje życie i mnie od śmierci. 2015 to rok dla mnie w pewnym sensie przełomowy. Dużo złego wydarzyło się w moim prywatnym życiu. Później kampania wyborcza. Z perspektywy czasu wiem, że była to dla mnie niesamowita lekcja, dzięki której buduję swój silny kręgosłup moralny. I nie tylko.

Uzależnienie od narkotyków nie jest dziś już chyba takim tematem tabu, jak jeszcze kilka lat temu?

Wciąż jest. Alkoholizm jest jeszcze tolerowany. Ale uzależnienie od kokainy, narkotyków czy innych używek jest odbierane co najmniej dziwnie. Narkotyki kojarzą się z latami 80., hipisami, kompotem etc. a to kompletnie nie to. Dziś narkotyki, na przykład kokaina, to chleb powszedni wśród młodzieży, wśród ludzi będących na bardzo wysokich stanowiskach, ale też i wśród przeciętnych obywateli. Ludzie, biorąc narkotyki pierwszy raz, nie zdają sobie z tego sprawy, jak szybko może wymknąć im się okazyjne branie spod kontroli. Ta choroba nie wybiera i jest bezwzględna. Nie ma w niej podziału na biednych i bogatych, młodych i starych, na szefa czy podwładnego. Ta śmiertelna choroba może przytrafić się każdemu. Problem jest zdecydowanie poważniejszy niż się to może wydawać i konieczna jest dyskusja o nim. Każdego dnia wielu ludzi chorych na tę chorobę umiera w samotności, bojąc prosić o pomoc. Bojąc się reakcji otoczenia, wyśmiania, chamstwa, niezrozumienia, odrzucenia. Wśród nich jest wiele gwiazd, osób publicznych. Pamiętamy: Whitney Houston znaleziona martwa w wannie, Amy Winhouse nie obudziła się ze snu, Philipp Seymour Hofmann znaleziony w swoim apartamencie ze strzykawką wbitą w przedramię. Na co dzień takich dramatów jest wiele wśród zwykłych, szarych ludzi.

Brzmi przerażająco.

Ale warto o tym mówić. O faktycznym problemie uzależnienia. Nie skupiajmy się na tabloidowych historiach, które akurat w moim przypadku zdarzały się. Prowadziłem barwne życie. To prawda. Nie skupiajmy się na wyrwanym fragmencie z krzykliwym tytułem, a zapytajmy, dlaczego tak się stało? Konsekwencją uzależnienia są często obok idące tematy: problemy finansowe, problemy z prawem, problemy prywatne. Dramat przeżywają nie tylko osoby chore, ale też ich otoczenie. Czy ktoś pomyślało tym, co czuje matka, będąc bezsilną wobec dramatu, jaki przeżywa jej dziecko? Czy ktoś pomyślał o tym, że uzależnienie to choroba śmiertelna? I samotność. Wielka samotność na wielu płaszczyznach. Nieprzypadkowo o chorobach związanych z uzależnieniami mówimy „choroby uczuć”.

Pracuje Pan od lat z terapeutami. Był Pan na kilku odwykach.

Tak, które wydawać by się mogło nic nie dały. Ale z czasem przyszło miłe zaskoczenie. To, czego się wtedy dowiedziałem, zacząłem stosować na co dzień. Zrozumiałem, jak wielki ta praca miała sens. Nie będę ukrywał, że przeprosiłem się mocno z Panem Bogiem i w pierwszej kolejności to Jemu zawdzięczam tę łaskę. Łaskę trzeźwości. Jemu, przy pomocy tak wspaniałych ludzi jak Adam Nyk z Monaru, z którym pracuję od ponad dekady, jak Robert Rutkowski, wspaniały terapeuta, który pomógł mi przetrwać bardzo gorący czas, kiedy moja sprawa przed laty ujrzała światło dzienne, czy terapeutce, która wzięła mnie pod opiekę na jednym z odwyków ponad dekadę temu. Po latach niewyobrażalnie mocno wspominam jej troskę o mnie. Była pierwszą, która uczyła mnie chodzić na nowo. Wskazała mi drogę, na której dziś jestem.

Jakie to kroki na przykład?

Zostaliśmy stworzeni do bycia wielkimi. Tylko od nas samych zależy czy wyjdziemy poza schemat. Naszym obowiązkiem jest każdego dnia być lepszą wersją siebie. Zaczynając od wiary poprzez trzeźwość, poprzez swoje nastawienie do świata, do pokonywania przeszkód czy godzenia się ze wszelkimi próbami, którym Pan Bóg nas poddaje. To długa i żmudna praca. Dla wytrwałych. Moim osobistym nowym początkiem było absolutne pogodzenie się z krzyżem, jaki mam, czyli z uzależnieniem i wszystkimi jego konsekwencjami i powrót do wiary. Uklęknąłem przed Bogiem, wybłagałem trzeźwość i ją dostałem. Wiem, brzmi dla niektórych dziwnie, ale tak było i jest. Nikogo nie zamierzam indoktrynować. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem bardzo otwarty i tolerancyjny, ale jeśli pyta pani o moje osobiste kroki do wyzwolenia z nałogów i autorytety, to postawiłem sprawę jasno: nie ma większego „kozaka” niż Jezus Chrystus. Wpatrzeni w Niego, naśladując go, możemy dokonać rzeczy niewyobrażalnych. Nie bez powodu mówi się, że wiara czyni cuda.

Media już dość mocno weszły w Pana życie, a wie Pan, że każde kontrowersyjne zdanie (a Pan takich nie unika) jest przez media rozkładane na czynniki pierwsze. Nie wystarcza Panu to, co wydarzyło się do tej pory?

Jeśli to ja mam być tym pierwszym, którego za przyznanie się do uzależnienia zlinczują publicznie, ośmieszą, wyszydzą, obgadają, ale da to siłę i odwagę do głośnego krzyku o pomoc, zdejmie strach, lęki i obawy innym osobom chorym na tę śmiertelną chorobę, to wchodzę w to. Biorę na siebie rolę tego, który dodał innym odwagi i nie bał się zmierzyć z koszmarami swojej przeszłości. Jestem tylko człowiekiem. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Mocne, ważne słowa.

W mojej ocenie lepiej przyjąć ciosy, które w dłuższej perspektywie są kompletnie bez znaczenia i wygrać swoje życie, a także dać przykład i siłę innym poprzez swoją postawę niż siedzieć cicho, przedawkować i umrzeć gdzieś w samotności, w obawie przed tym, jak na nasze wołanie o pomoc zareaguje otoczenie. Ja zawołałem o pomoc. Niektórzy się z tego śmiali. Gdybym jednak nie zawołał w odpowiednim momencie, umarłbym po prostu, przedawkował, śmialiby się inni, że o pomoc nie wołałem.

Wielu ludzi będących obok zniknie z upływem czasu. Szczególnie ci z czasów wspólnych zabaw. Zostaniemy wtedy sami, ze swoimi problemami, ze swoimi sprawami, ze swoim uzależnieniem, ze swoją dumą i honorem bądź jego brakiem. Nasze sprawy w ostatecznym rozrachunku mało kogo będą obchodzić. Trzeba więc walczyć o siebie. Skupić się na sobie i swoich celach, swojej drodze. Nie szukać taniego poklasku. Nie przejmować się tym, co inni o nas powiedzą. Trzeba być wiernym swoim ideałom, poglądom, wierze. Być lojalnym wobec ludzi. Pamiętać, kto był obok nas w najgorszych chwilach. O rodzinie, przyjaciołach.

Obracał się Pan i wciąż obraca w różnych, często bardzo wpływowych towarzystwach. Pochodzi Pan z zamożnego domu. Czy faktycznie problem uzależnienia w takich kręgach jest tak ogromny, jak to przedstawiają media?

Ta choroba nie wybiera. Nie ma kryteriów co do środowiska, płci, wieku czy statusu społecznego. Niestety, w wielu środowiskach panuje ciche przyzwolenie na picie i ćpanie. W wielu środowiskach trzeba mieć wielką odwagę, żeby stanąć w opozycji i powiedzieć: Stop! Nie ćpam, nie piję, wierzę w Boga. Wiedząc, że zostanie się odtrąconym, wyszydzonym, wyśmianym, warto jednak. Życie mamy tylko jedno. Fajnie dojść do takiego momentu, w którym można sobie powiedzieć: To jest to. Tak chcę żyć. Ja właśnie na takiej drodze jestem. Idę odważnie po swoje. Bez względu na okoliczności.

I tak naprawdę przy każdym, biorąc pod uwagę jakiś wycinek, można by postawić znak zapytania. A to bezsensu.

Zgadza się. Manipulowanie faktami, fragmentami z czyjegoś życia jest nikczemne i nieeleganckie. Ja się na to nie godzę. Dziś, w czasach ogromnego nacisku na prawa człowieka, ale też w czasach bardziej życia wirtualnego (co uważam za wielki problem szczególnie wśród młodych ludzi) powinniśmy o tym pamiętać. Pokora. Dystans. Szerokie horyzonty. Czasami coś, co na pierwszy rzut oka wydaje nam się złe, okazuje się dobrym. I odwrotnie.

Można więc wyjść na prostą, można wygrać swoje życie, gdy większość przestała już w nas wierzyć? Pan jest tego idealnym przykładem.

Uczymy się przez całe życie. To wszystko, co mam za sobą, pozwala mi stawać się silniejszym, bardziej wytrzymałym, dojrzalszym. Te wszystkie próby upokarzania mnie, artykuły, które często piszą ludzie chorzy z nienawiści, ludzie mali, zakompleksieni, z masą swoich problemów… Tym, co próbowali mnie zaszczuć, ośmieszyć mnie i moją rodzinę, przyjaciół, po ludzku współczuję. Proszę mi wierzyć, przeżyłem tak wielkie upokorzenia sam ze sobą, ze swoją chorobą, która nieraz doprowadziła mnie do naprawdę bliskich tragedii sytuacji, że jeden czy drugi obserwator stojący z boku nie jest w stanie upokorzyć mnie bardziej.

Oczywiście, tak po ludzku dotknęła mnie jedna czy druga opinia na mój temat, ale po głębszym zastanowieniu się mówiłem sobie: Filip, przecież ty przetrwałeś gorsze próby. I dodaję sobie w chwilach słabości: Jezu ufam Tobie. To mi na dziś wystarcza. Próbowano zrobić mi wielką krzywdę. Nawet nie tyle mi bezpośrednio, ale mojej rodzinie, dzieciom, które przecież dorastają i umieją korzystać z Internetu, moim przyjaciołom, ludziom, którzy mi zaufali… Codziennie w myślach dziękuję tym, którzy razem ze mną z odwagą przyjmowali te wszystkie ciosy. Którzy przy mnie zostali. Tylko nieliczni wiedzą, jaka jest prawda. Jak wyglądała moja historia od początku do końca. Dziś mówię o sobie, że jestem szczęściarzem, który wygrał bitwę.

Czyli można powiedzieć, że wszystko, co najgorsze, już za Panem?

Myślę, że wszystkie grzechy ciężkie są zdecydowanie bardziej za mną, niż przede mną. Uzależnienie prowadzi do sytuacji, w których popełnia się błędy, robi się złe rzeczy, ale ja, to co świadomie zrobiłem złego, zamknąłem już pewną klamrą. Odkupiłem swoje winy, przeprosiłem. Teraz staram się żyć poprawnie, choć oczywiście też błądzę. A jak! Ale staram się dziś szybko reagować na błędy i ich nie powtarzać.

Pomówmy o Pana książce.

Książka jest napisana. Materiał jest. Koronawirus popsuł plany na ten rok, szykujemy się na następny. Wierzę, że nie będzie wtedy przeszkód, aby trafiła na półki. Kwestia wydawcy jest jeszcze otwarta, ale zbliżamy się ku ostatecznym decyzjom. Książka pod roboczym tytułem „Ocalony. Osiem grzechów głównych” będzie prawdziwym obrazem walki z uzależnieniem. Walki czasami przerażającej, czasami śmiesznej, czasami szalonej. Wypowiadać się w niej będą i moi rodzice, i moi przyjaciele, a także terapeuta Adam Nyk, który dał mi swoje błogosławieństwo. To historia o chłopaku, który miał wszystko na wyciągnięcie ręki, a któremu choroba – uzależnienie – wszystko po kolei próbowała odbierać. Ale ten chłopak się nie złamał ani nie załamał. Jak widać, wyrwał się z jej szponów i idzie do przodu.

Czyli najpierw książka, a potem polityczna przyszłość, która chyba jest przed Panem? Jest Pan dość wyrazistą postacią, a ludzie lubią wyraziste postacie.

Kocham Polskę, kocham mój kraj, naszą historię. Dziś zrobiłem celowo krok w tył i skupiam się na tym, żeby ciężką praca nad sobą stworzyć swój własny Camelot. Miejsce takiej idyllicznej szczęśliwości, na każdej płaszczyźnie, w tym coraz bardziej pozbawianym reguł i zasad świecie. Mam jednocześnie na uwadze i zdaję sobie z tego sprawę, że Camelot to też różne tragedie, rywalizacja i zło. Czyli cały sens życia, tyle że dziś bardziej świadomy. Ale ten krok w tył robię po to, żeby móc zrobić dwa wprzód. Warto mieć swoje marzenia, cele, ambicje i stopniowo je realizować. Mam takie i też te związane z polityką. Jestem gotowy na każde wyzwanie. Wiem, że życie potrafi zaskakiwać. Robię po prostu swoje, idę do przodu. Wierzę, że wszystko w życiu jest po coś i wszystko w życiu ma swoje odpowiednie miejsce i swój odpowiedni czas.

 

Fot. Materiały prasowe

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Prosimy wpisz swój komentarz!
Prosimy podaj swoje imię tutaj.