Czuję wewnętrzną potrzebę popełniania i zapisywania się w pamięci ludzkiej – jako twórca. Rozmowa z Patrycjuszem Gruszeckim

0
289

Trio Paytrycjusza Gruszeckiego po świetnie przyjętej płycie „Sometrhing About…” nagrało nowy album „Faces”, który powstawał jednak w dluższym odstępie czasowym, niż poprzednik. Wydawnictwo powinno jednak spodobać się nie tylko tym, którzy polubili pierwszą płytę, ale także nowym słuchaczom. O procesie powstawania „Faces” lider-trębacz opowiedział mi w poniższej rozmowie.

 

 

 

MM: Minęło 5 lat od wydania „Something About…”. Tak długo pracowaliście nad „Faces”?

PG: Były trzy podejścia do „Faces” w ostatnich dwóch latach. Pandemia, Covid i przygoda Levandka (Zbigniewa Lewandowskiego, perkusisty trio – przyp. MM) z żmiją zygzakowatą – skutecznie przesuwały w czasie ostateczną realizację albumu. Bardzo cieszymy się, że wreszcie się udało i (na wszelki wypadek) już pracujemy nad kolejnym (śmiech).

PG: Przyjęliście jakieś założenia, jeśli chodzi o kompozycje w przypadku tej płyty?

PG: Nie. Wyszło naturalnie. To ja czuję wewnętrzną potrzebę „popełniania” i zapisywania się w pamięci ludzkiej – jako twórca (jakkolwiek by to nie brzmiało). Stąd osiem kompozycji mojego autorstwa. Levandek podrzucił spontanicznie jedną, a ponieważ jest genialna, momentalnie wpasowała się w zestaw i zamknęła spójnie całość.

MM To ta podpisana jako „Hidden track”?

PG: He, he, nie. To „Eclectic Blues”. Dziewiąta i ostatnia kompozycja na płycie. „Hidden track”, jak sama nazwa wskazuje, to ścieżka ukryta. Taki bonus jak u Milesa Davisa. Zlepek z naszej pracy w studio. Niespodzianka dla wytrwałych (śmiech).

MM: Pytam, bo całe „Faces” wydaje mi się płytą bardziej odjechana w stosunku do „Something About…”

PG: O tak, zdecydowanie! Wyobraź sobie akcję w studio Monochrom, w którym nagrywaliśmy: Mówię Chłopakom po każdym drugim take’u utworu: „Panowie – mamy to! Teraz zagrajmy dla siebie. Inne tempa, być może inna nieco harmonia. Poszalejmy. Nie bójmy się ryzykować” itd. Po czym wybieram same trzecie takes (śmiech). To właśnie słychać na „Faces”.

MM: Jesteś autorem prawie wszystkich kompozycji na płycie. Od czego wychodziłeś? Od tematu, groove’u?

PG: Z tym bywa różnie… Czasem jest to melodia, która chodzi mi po głowie bez żadnego kontekstu… dopiero kiedy nie daje już spokoju – siadam do piana i „ubieram ją w słowa” czyli dopisuję harmonię i rytm. Innym razem jest to groove basowy, który chodzi za mną i dosłownie nie daje mi spać. A jeszcze innym razem – gotowa całość: spójna i kompletna od początku do końca, czekająca cierpliwie na to, bym dojrzał do tego, aby „namalować” ją taką, jaka jest.

MM: Przez moment na płycie jesteście też kwartetem: w dość zimowym utworze „Miłość jak łza” zaśpiewał Janusz Szrom

PG: Tak. Skomponowałem jazzową balladę, do której tekst napisał sam Adam Kawa, piszący wcześniej m.in. dla Andrzeja Zauchy. Marzyłem o tym, by ten utwór zaśpiewał ktoś wybitny, doświadczony jazzem i jednocześnie zakorzeniony w mainstreamowej tradycji. Ktoś, kto wykona go z mistrzowskim feelingiem i otwartym na sens tej nietuzinkowej historii serduchem. To mógł być tylko Janusz Szrom. Zadzwoniłem. Spytałem pełen obaw… Zgodził się bez wahania. Drugie tyle zajęło mu zarejestrowanie swojego głosu w studio Karola Mańkowskiego w Warszawie. Efekt, jak słychać na płycie – doskonały. Sam utwór jest o tyle zimowy, o ile zimowe może być uczucie pomiędzy dwojgiem kochających się ludzi – w momentach trudnych do granic możliwości. Do bólu, który ukoić może tylko kolejny promień słońca, przynoszący ocieplenie, „bo miłość bywa, jak ta łza: spływa, zanika i powraca znów – sen zwiewny wśród snu” – Adam Kawa.

MM: A swoją drogą, nie myślałeś aby na stałe poszerzyć skład zespołu do kwartetu? Niekoniecznie z wokalem, ale np. z kolejnym instrumentem?

PG: Nie. Po co psuć coś, co jest doskonałe? (śmiech). A tak na serio: doskonale to czujemy się ze sobą w tym trio. Bardzo się lubimy, tęsknimy do wspólnych muzycznych i nie muzycznych spotkań. Ta ballada i udział Janusza – to „wisienka na torcie”. Wspaniały dodatek, który podkreśla i uwypukla wartość całości…

MM: „Something About…” miało świetne przyjęcie. Myślisz, że „Faces” również zostanie docenione?

PG: „Faces” już jest doceniane…  Najpierw przez „fanów” naszej twórczości lub też po prostu dobrej muzyki, a następnie przez redaktorów stacji radiowych, przez muzyków, do których płyta „Faces” dociera różnymi kanałami. Rozchodzi się „jak świeże bułki”. Już spływają pierwsze recenzje (Adam Baruch na łamach jazzowych portali internetowych). Za chwilę Dionizy Piątkowski, Jan Ptaszyn Wróblewski, Marcin Kydryński, Piotr Stelmach, Marek Niedźwiedzki i inni, do których płyty już zostały wysłane. Z radością czekamy na kolejne głosy w sprawie naszych poczynań na „Faces”, bo sami też czujemy – że to „dobry towar jest” (śmiech).

MM: Pewnie można was na bieżąco usłyszeć na koncertach

PG: Odbyły się już cztery koncerty z tym repertuarem. Wszystkie spotkały się z bardzo dobrym odbiorem… Jesteśmy bardzo podekscytowani i gotowi na więcej.

MM: Wspominałeś, że tworzycie już kolejny materiał. Kiedy planujecie go wydać?

PG: To proste: jak będzie gotowy (śmiech). Trudno to przewidzieć. Po przejściach ostatnich dwóch lat nauczyłem się już, że niczego nie można planować ani też oczekiwać…Pracujemy w swoim tempie i czekamy na to co los przyniesie.

Rozmawiał: Maciej Majewski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Prosimy wpisz swój komentarz!
Prosimy podaj swoje imię tutaj.