Chemia: Cały czas liczymy na normalne koncertowanie

0
179

Chemia zaprezentowała nowy utwór, zwiastujący najnowszą płytę zespołu. „Modern Times” to owoc współpracy muzyków z brytyjskim producentem Andym Taylorem, znanym z działalności w grupie Duran Duran. Okazuje się jednak, że jego rola przy realizacji nowego materiału była znacznie większa, niż zakładano.  O szczegółach tego przedsięwzięcia , także w obliczu bieżącej sytuacji pandemicznej, opowiedzieli mi gitarzysta Wojciech Balczun i wokalista Łukasz Drapała.

 

 

MM: Zacznę prozaicznie: Kiedy i co sprawiło, że Chemia zwróciła się w stronę działalności na Zachodzie?

ŁD: Po prostu od początku był taki plan, odkąd pamiętam, a pierwsza płyta była dwujęzyczna. Zaraz po moim przybyciu do zespołu, zakładaliśmy, że nie ma granic i jeżeli gramy rocka, to dlaczego nie grać wszędzie gdzie się da? Pomysłów było mnóstwo, ale z sensowną realizacją trzeba było poczekać kilka lat.

MM: A jak to się dalej potoczyło?

WB: Zainspirował mnie do tego Mark LaFrance – znany kanadyjski muzyk i producent, który w sumie przypadkiem miał wpływ na rozpoczęcie przez Chemię współpracy z Łukaszem. Po przesłuchaniu materiału nagranego już w nowym składzie, wskazał na duży międzynarodowy potencjał zespołu. To z jego strony wyszła propozycja nagrań w Kanadzie. Zaczęliśmy od EP „In The Eye”, a potem nagraliśmy tam album „The One Inside”. Od początku miałem wizję stworzenia zespołu, który będzie działał w szerszej perspektywie. Jak spadać, to z wysokiego drzewa, i mieć poczucie, że przynajmniej zawalczyliśmy. Od tamtych czasów konsekwentnie realizujemy nasze międzynarodowe marzenie.

MM: A w jaki sposób doprowadziło Was to do Andy’ego Taylora?

WB: Kilka lat temu w Los Angeles spotkaliśmy na swojej drodze Sevena Webstera – znanego angielskiego managera, pracującego w tamtym czasie przede wszystkim z zespołem Skindred (wcześniej z Dido). Podeszliśmy do niego z Łukaszem, umówiliśmy się na rozmowę, daliśmy płytkę. Oczywiście wyobrażaliśmy sobie, że byłoby fajnie mieć takiego człowieka na pokładzie. Kontakt na początku zaprocentował zaproszeniem nas na koncerty ze Skindred, festiwal Hard Rock Hell i konferencję Rockcom w Londynie, gdzie mieliśmy showcase. Potem Chemia wpadła w turbulencje, odszedł Łukasz i wydawało się, że historia ma swój koniec. Na szczęście Łukasz wrócił do zespołu, a za chwile zadzwonił Seven, że jest możliwość nawiązania współpracy managementowej. W tym czasie pracował już z Andym Taylorem i z tego zrodziła się idea zrobienia czegoś wspólnie.

ŁD: Seven przyjął taktykę poznawania nas w trudnych warunkach. Jeszcze przed tym jak stał się naszym menadżerem i przed moim „urlopem”, zaprosił nas na trasę po UK, a potem europejską ze Skindred. Sprawdzał, jak radzimy sobie w różnych, często ekstremalnych warunkach. To była dobra szkoła, po której otrzymaliśmy zestaw złotych rad. Część z nich wzięliśmy do serca. Po moim powrocie stwierdził, że teraz jesteśmy gotowi, pod warunkiem, że materiał będzie interesujący. Nasze demo spodobało się jemu, potem Andy zaprosił nas na randkę próbną i się zaczęło (śmiech).

MM: Andy miał początkowo produkować tylko jeden utwór, ale zdaje się, że szybko podjął decyzję, by zająć się całością materiału?

WB: Było trochę inaczej. Pierwsza londyńska sesja była swego rodzaju „rozpoznaniem w boju”. Andy jest prawdziwą legendą i to on decyduje, z kim chce pracować. Od początku wiedzieliśmy, że jeżeli nie pojawi się między nami chemia, to nic z tego nie będzie. Na szczęście praktycznie od pierwszej rozmowy, od pierwszych nagrywanych dźwięków, obie strony poczuły „to coś”. Z pierwszej sesji pozostał nam właśnie „Modern Times”, a kilka tygodni później weszliśmy do studia, żeby zarejestrować całą płytę z Andym jako producentem i autorem tekstów. To było naprawdę niesamowite zrządzenie losu.

ŁD: Tak, chodziło o to, czy zażre. W trakcie tej pierwszej sesji spędziliśmy dużo czasu na rozmowach. Myślę, że w jakiejś mierze wpłynęły one potem na teksty i treści, które chcieliśmy przekazać piórem Andy’ego. Pracowało się świetnie, każdy otworzył głowę i serce. Nie wyobrażałem sobie po tej sesji, że nie dokończymy całej płyty.

MM: No właśnie –  Andy napisał także wszystkie teksty na płytę. Wiem, że sporo rozmawialiście o tym, o czym powinny traktować. Andy pisał już do gotowej muzyki, czy raczej to Wy komponowaliście do jego tekstów?

ŁD: Muzyka była gotowa już wcześniej. Wersje demo zawierały większość planów na instrumenty, a melodie przy znakomitej pomocy Wojtka i Maćka Mąki pisałem w trakcie powstawania propozycji aranży. Andy pisał do praktycznie gotowych rzeczy, ale teksty otrzymywałem z podejściem do mikrofonu, także nie było łatwo. Czasem trzeba było trochę dodać lub odjąć we frazach, ale tak bywa często przy powstawaniu tekstów. Generalnie śpiewam swoje teksty, a śpiewając teksty Andy’ego czułem się tak samo dobrze.

WB: Muzyka powstawała przed sesją w Londynie. Z pierwotnych riffów zrodziły się zaczyny utworów, zrobione na próbach, ale jeszcze bez melodii. Potem przystąpiliśmy do intensywnej pracy z Łukaszem i Maćkiem Mąką. Kilka utworów powstało w okresie między sesjami nagraniowymi w Londynie, bo Andy i Seven zasugerowali, żebyśmy może jeszcze trochę pokombinowali. Energia twórcza po nagraniu „Modern Times” była bardzo fajna i dokomponowaliśmy z Łukaszem jeszcze ze dwa, trzy całkiem nowe utwory. Tak w ogóle, to jeden numer stworzyliśmy z Łukaszem w studio, na sam koniec sesji nagraniowej. Jesteśmy z niego bardzo dumni.

MM: A czy do gotowych tekstów Andy’ego mieliście jakieś uwagi, czy sugestie?

ŁD: Tak. Ale bardziej chodziło mi o długość fraz, o osadzanie w melodiach. Zdarzało się to bardzo rzadko, aby coś mi nie wchodziło tak, jak czułem, więc były to zmiany śladowe, minimalne. W jednej z piosenek zasugerowałem też usunięcie tekstu, a właściwie zastąpienie go wokalizą, co – jak mi się wydawało – będzie lepsze dla utworu. Andy nie oponował, współpracował. Dobrze się wszyscy dogadywaliśmy.

MM: Płyta jest już gotowa, chyba nawet zmiksowana. Czemu zatem ukaże się dopiero w przyszłym roku?

WB: Pierwszy raz w naszej karierze, nie my decydujemy o takich sprawach. Nasz angielski management przygotował całą i przemyślaną strategię wprowadzenia Chemii na międzynarodowe rynki. Zaufaliśmy ich doświadczeniu i argumentom. Widzimy bardziej systemowe podejście do procesu wydawniczego i bardzo nam się to podoba. Oczywiście chcielibyśmy, aby płyta już była na rynku dostępna, ale z drugiej strony – pierwszy raz ktoś z zewnątrz ma wpływ na to, co się dzieje z zespołem. Mam nadzieję, że przynajmniej w części ten plan się powiedzie.

ŁD: Pierwszy singiel miał ukazać się wcześniej, ale zamieszanie związane z wirusem wstrzymało nasze prace i tak naprawdę nikt nie wiedział, co wydarzy się za miesiąc. Nie wiem, czy „Modern Times” ukazałoby się w sierpniu, gdyby nie nasze negocjacje i rozmowy z managementem. Chcieliśmy pokazać coś nowego. Czuliśmy się jak w podziemiu i mieliśmy wrażenie, że wszystko, co udało się zdobyć do tej pory, ucieka bezpowrotnie. Płyta wyjdzie zimą, ale do tego czasu na pewno jeszcze coś się pojawi.

MM: Ten plan uwzględnienia także bieżącą sytuację z Covidem?

WB: Oczywiście COVID miał ogromny wpływ na decyzje. Single i płyta powinny ukazać się w momencie, gdy w pełni możemy je promować, a podstawowym narzędziem promocji są koncerty. Lockdown spowodował zmianę planów wydawniczych praktycznie wszystkich artystów na świecie. Po pierwszym szoku uznaliśmy wspólnie z Sevenem, że tak naprawdę nie wiadomo, jak długo te ograniczenia będą trwały i nie ma co czekać. Może to jest dla nas szansa, aby Chemia z nową muzyką znalazła więcej miejsca w mediach. W rywalizacji o czas antenowy w radiach z wielkim rockowymi zespołami jesteśmy przecież bez szans. Mamy jednak nadzieję, że wiosna przyszłego rocku pozwoli nam wrócić do regularnego koncertowania, bo za tym bardzo tęsknimy, a dzisiaj bylibyśmy na przykład po kilku europejskich koncertach, supportując legendarnych Skid Row.

MM: Lockdown grozi nam także jesienią. Macie zaplanowane jakieś koncerty na ten czas?

WB: Cały czas się zastanawiamy, jak podejść do jesieni. Może coś nam się jednak wkrótce przydarzy koncertowo, ale oczywiście mocno szykujemy się na wiosnę i cały przyszłoroczny sezon koncertowy.

ŁD: Jesień właściwie się zaczyna, a trochę trudno grać stary i nowy materiał. Jesteśmy w lekkim rozkroku. Może zamknięte, prywatne koncerty byłyby rozwiązaniem . Gdyby pojawiły się takie oferty, na pewno byśmy podeszli do nich poważnie.

MM: A koncerty online wchodzą w rachubę?

WB: Jak nie da się normalnie, to nie będzie wyjścia (śmiech). Ale cały czas liczymy na normalne koncertowanie z bezpośrednim emocjonalnym kontaktem z naszymi fanami.

ŁD: Koncerty online mi osobiście lekko się przejadły. Poza tym ciężko o dobrą jakość. Nie powiem jednak, że nie zagramy w ten sposób. Wszystko zależy od propozycji i warunków – mówię tu o warunkach technicznych. Jeżeli da się gdzieś świetnie zabrzmieć online – znakomicie, bardzo chętnie.

WARTO POSŁUCHAĆ: https://www.youtube.com/watch?v=Blbn1bsFXzs

Rozmawiał: Maciej Majewski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Prosimy wpisz swój komentarz!
Prosimy podaj swoje imię tutaj.