Arkadiusz Łodziewski: Od ateisty do ewangelizatora

1
887

– Gdy mówimy, że Bóg nas nie słyszy, przekreślamy swoje relacje z Bogiem i zamykamy niebo, które jest dla nas otwarte, od kiedy Jezus umarł na krzyżu. To niebo sami sobie zamykamy takim parasolem lęku i niewiary. Zasłaniamy się przed łaską, która płynie na nas. Boimy się, bo nie widzimy. Mówimy do Boga: „pokaż mi, a uwierzę”. A Bóg mówi dokładnie odwrotnie: „Uwierz, a ja ci pokażę”. – mówi Arkadiusz Łodziewski, autor „Bożych Poradników”. 

 

 

 

Ilona Adamska: Mieszkałeś w kilku miastach Polski, miałeś piękne auto, dobrze płatną pracę. Jak to się stało, że z dnia na dzień zostawiłeś wszystko i postanowiłeś głosić ewangelię?

Arkadiusz Łodziewski: To prawda. Zajmowałem się różnymi rzeczami. Mieszkałem w różnych miejscach i wielu miastach w Polsce: Poznaniu, Zielonej Górze, Nowej Soli, Szczecinie, Warszawie, Gryfinie. Zmieniałem często pracę. Na różne sposoby szukałem szczęścia. Byłem dwie kadencje wicewójtem w pewnej gminie. Miałem wspaniałych pracowników, pieniądze i wymarzoną alfa romeo, którą sprowadziłem z Włoch. Miałem mieszkanie i w gruncie rzeczy spokój. Ale w sercu miałem nędzę. I cały czas mój świat wewnętrzny zderzał się z zewnętrznym, w którym czułem pustkę. Wiedziałem, że czegoś bardzo potrzebuję i szukam, a nie mogłem tego znaleźć. I pomógł mi Bóg.

Jak Go odnalazłeś?

Zostałem zaproszony na spotkanie biznesowe w Gorzowie do jednej z eleganckich restauracji. Pojechałem w garniturze i krawacie, bo klimat faktycznie był w stylu „ę” i „ą”. Przysiadłem się do dwóch kobiet, które nagle zaczęły rozmawiać o Jezusie. W tym czasie na sali jakiś biznesmen wyświetlał prezentację i o czymś mówił. Starał się, by wszyscy go słuchali. A one ciągle o Jezusie… Przeszkadzały mi w słuchaniu prelekcji. Pytam je: „co wy tak o tym Jezusie?”. A one pełne radości opowiadały, „bo Jezus to, Jezus tamto”. Byłem zaskoczony sytuacją, bowiem po raz pierwszy spotkałem się z tym, żeby na spotkaniu biznesowym ktoś rozmawiałam o Bogu. To był raczej zawsze temat tabu.

I co było dalej, bo umieram z ciekawości?

Powiedziały mi, że idą na wspólnotę w Gorzowie. Miała zacząć się za dwie godziny. Zapytałem co to jest ta wspólnota? – Śpiewamy, gramy, modlimy się. – odpowiedziały. Powiedziałem, że to jakaś straszna nuda. Ale one mówią, że będzie ktoś grał na gitarze basowej, ktoś na bębnach. I zaintrygowały mnie tym. Pomyślałem, że to jakiś taki fajny koncert i że może przyjdę z nudów posłuchać, tak dla odmiany. Poszedłem, ale tydzień później, bo tak się zagadaliśmy, że w końcu one nie poszły na spotkanie. Umówiliśmy się, że się spotkamy za tydzień. No i poszedłem za tydzień. Przyszedłem pod salę papieską, ale dziewczyn nie było. Zadzwoniłem do jednej z nich, ale okazało się, że jej mąż jest chory. Druga nie przyszła z kolei, bo sama się rozchorowała. Poczułem zażenowanie, rozczarowanie. Pytałem siebie, po co tu przylazłem? Pamiętam, że miałem „nerwa”. I chciałem uciec stamtąd. I kiedy już wychodziłem, jakaś dziewczyna złapała mnie za rękę, mówiąc  „Chodź, Chodź”. Nigdy później nie widziałem na zebraniu wspólnoty, żeby ktoś kogoś wciągał za rękę na siłę. Próbowałem się jej wyrwać, ale wyszło kilka osób i nie wypadało mi się szarpać. Pomyślałem, że nie będę z siebie idioty robił. Wszedłem.

A tam?

A tam około 120 osób. Zrobiło mi się gorąco i duszno. Chciałem uciec. Ale gdy wychodziłem z sali, ktoś stanął mi na drodze i dał mi herbatę, ktoś inny podał mi kawałek ciasta. Nie zdążyłem wyjść, bo zablokowano mi drogę. To było niesamowite. Stałem więc z tyłu tłumu. I w pewnym momencie wszedł niewidomy chłopak z białą laską. To był Michał. Zaczął wykrzykiwać: „Alleluja”. Był przy tym tak radosny, że aż mnie to uderzyło. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego jestem zażenowany, a on, niewidomy, jest tak radosny. I zacząłem cierpieć z tego powodu. Rozejrzałem się po ludziach. Oni wszyscy byli radośni. Ja, który miałem wymarzone alfa romeo, stanowisko, kasę, poukładane życie, poczułem się żywym trupem nieumiejącym się cieszyć. Nagle zobaczyłem, że to wszystko jest słabe. Usłyszałem muzykę – na gitarach basowych zagrały dziewczyny, a Michał na bębnach afrykańskich. Zrobił się niesamowity klimat. Przez pierwszych parę minut podobało mi się, dopóki nie wszedł ksiądz egzorcysta i zaczęto wyświetlać słowa piosenki na ścianie. Do tego momentu mi się podobało. Kiedy zaczęto wyświetlać słowa piosenki na ścianie, wszyscy podnieśli ręce w geście wielbienia Boga. Poczułem się bardzo osamotniony, bo nie umiałem tego robić. Nie umiałem podnieść, tak jak oni, rąk. Podnosiłem do połowy, po czym opuszczałem je.

Toczyłeś zapewne jakąś walkę sam ze sobą… Znam to. Gdy po raz pierwszy pojechałam na rekolekcje do Białegostoku i zobaczyłam tłum ludzi wielbiących Boga z rękami do góry, pomyślałam sobie: „Matko, ale sekta. Co ja tu robię?”. Wstydziłam się unieść ręce do góry. Rekolekcje drugiego dnia kończyłam, wznosząc dumnie ręce w górę i płacząc tak bardzo, że całą koszulę miałam poplamioną od tuszu do rzęs…

Dokładnie. Toczyłem jakąś walkę ze sobą. I poczułem nerwowość. Pytałem się, tak jak i Ty: „Co ja tu robię?”. A w głowie kłębiły mi się myśli, że ci wszyscy ludzie dookoła mnie są jacyś nienormalni. Chociaż stałem z tyłu, żeby nie zwracać na siebie uwagi, to zacząłem sobie pod nosem coś śpiewać. Na początku ruszałem ustami, ale z czasem nabierałem odwagi, aż udało mi się podnieść ręce. I chociaż je podniosłem, cały czas czułem zażenowanie i wściekłość… Po godzinie stwierdziłem, że to ja jestem nienormalny i wyszedłem, trzaskając drzwiami. Szedłem do domu, całą drogę przeklinając. To był ostatni dzień, w którym przeklinałem. Leciały wszystkie najgorsze słowa. Wychodziły ze mnie najgorsze rzeczy. Dzisiaj widzę, że to diabeł manifestował swoją obecność. Gdy wszedłem do domu, pierwsze co sobie pomyślałem to, że włączę sobie coś na YouTubie i posłucham muzyki. Chciałem włączyć Depeche’ów, bo bardzo lubię ten zespół. I nie wiem, co zrobiłem paluchami, nigdy mi się to wcześniej nie zdarzyło, ale tak jakoś kliknąłem niechlujnie, że włączyłem sobie rekolekcje (śmiech). Usłyszałem zdanie, jak Święty Augustyn się nawrócił. To było pierwsze, co usłyszałem po włączeniu komputera. I poczułem znowu nerwy. „Co się dzieje?” – pytałem siebie. Usiadłem przed telewizorem, położyłem nogi na stole (wiem, że to nieładnie, ale byłem wykończony całym tym bożym klimatem) i usłyszałem pierwsze zdanie, jak Święty Augustyn się nawrócił. To było to samo zdanie, które usłyszałem wcześniej na YT. I wtedy to już przeszły mnie ciarki. Zrobiło mi się gorąco. Pomyślałem, że tu jest Bóg. Ale odrzuciłem tę myśl. Wyłączyłem telewizor. Chodziłem jak pijany po domu. Byłem zdezorientowany. Cały ten dzień był dziwny. Rozebrałem się i poszedłem pod prysznic. A że w kabinie mam radyjko, włączyłem je. I usłyszałem te same słowa o tym, jak Święty Augustyn się nawrócił. To już było dla mnie za dużo. Wyskoczyłem spod prysznica i same nogi mi uklęknęły. Nogi same uklęknęły i zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego, jakby ktoś zaczął mi wstrzykiwać wielką strzykawką radość w serce.

Doświadczyłeś wcześniej tego typu radości?

To była radość, jakiej nigdy wcześniej nie czułem. Klęczałem, a radość mnie wypełniała. Zamknąłem oczy, bo się wystraszyłem i zobaczyłem światło, tak jakbyś patrzyła w słońce, ta światłość narastała i zaczęło mi się słabo robić. Położyłem się krzyżem – ja ateista! Nagi zacząłem się modlić do Boga, żeby sobie poszedł, bo inaczej umrę z tej radości. Czułem, że mi zostało 15 sekund życia i koniec, a nie chciałem umierać. No i Pan Jezus odszedł. Poczułem smutek i zimno. Zacząłem krzyczeć: „zabierz mnie ze sobą, skoro już mi to pokazałeś, bez tego już nie ma sensu! Zabierz mnie ze sobą”. To, co się wtedy ze mną działo, jest nie do opisania ludzkimi słowami. On po prostu był. Czułem zapach kadzideł. Czułem Jego radość, świętość. To, co mogłem poczuć, po ludzku mówiąc, poczułem. Na drugi dzień moje życie było odmienione.

Ile trwała Twoja przemiana?

Tydzień. Pan Bóg uwolnił mnie od pracy. Z dnia na dzień ją zostawiłem. W kolejnym dniu sprzedałem alfę i kupiłem Pismo Święte, które zacząłem namiętnie czytać. Nie wiedziałem, co mam robić. Zadzwoniłem do rodziców, opowiedziałem im, że Bóg do mnie przyszedł i że rzucam wszystko. Oczywiście rodzice stwierdzili, że jestem nienormalny. Mówili: „Przecież masz wykształcenie, wszystko co trzeba”. Pytali: „Co ty robisz?”. Ja na to, że pierwszy raz w życiu jestem szczęśliwy. Sprzedałem samochód, pospłacałem kredyty i wyszedłem na zero. Zostało mi jedyne 350 złotych. Pojechałem do Tesco i kupiłem rower. Jak wracałem do domu na tym rowerze, a miałem do przejechania około pięciu kilometrów, płakałem ze szczęścia. Poczułem wolność. Wiatr dmuchał mi w twarz a ja jadąc krzyczałem: „Alleluja, chwała Tobie Panie!”. Przyjechałem do domu i chciało mi się po prostu modlić. I modliłem się. Nie mogłem przestać. Modliłem się jak umiałem – mówiłem w kółko „Ojcze Nasz”, chwaliłem Boga. Moja radość narastała. I widziałem narastające światło, jakieś rzeczy się zaczęły dziać. Czułem co chwila, że umieram i rodzę się na nowo. To był mój poród w Duchu Świętym. Tak było w pierwszy, drugi i trzeci dzień. Potem skończyły mi się pieniądze na jedzenie – takie zderzenie z rzeczywistością. Ale w między czasie czytałem Pismo Święte, a w nim, żeby przyjrzeć się wróblom. One nic nie muszą robić. A ty jesteś ważniejszy dla Boga od nich, Bóg cię żywi. Dlaczego więc ty się martwisz? Poszedłem na łąkę i gapiłem się na wróble. Mówiłem do Boga: „objaw mi to w sercu, bo w głowie wszyscy to wiedzą. Ja chcę to poczuć całym sobą”. Później przeczytałem w Biblii: „przypatrzcie się liliom”. I poszedłem do kwiaciarni. Znalazłem bukiet lilii i gapiłem się na nie, a kwiaciarka na mnie. Zapytała mnie, dlaczego się tak im przyglądam. Ja na to, że się modlę, że chce, aby Bóg mi coś objawił. To był dla niej szok.

Nie przejmowałeś się tym jednak….

Równocześnie gdy przyszedł do mnie Bóg, przestałem się przejmować opinią ludzi. Moje czytanie Słowa Bożego było szukaniem i przeżywaniem go w rzeczywistości. I to mi dało jakąś taką ufność, że jak nie miałem pieniędzy i co jeść, to po prostu uklęknąłem i powiedziałem do Ojca w niebie, że nie mam co jeść, a zjadłbym sobie np. pierogi ruskie, może flaczki. I tak któregoś dnia, gdy tak wymieniałem Bogu, co bym zjadł, w moich drzwiach stanęła sąsiadka, która przyniosła mi wielką siatkę czymś wypchaną. „Co to jest?” – zapytałem. Odpowiedziała, że to od jej mamy, która ma firmę garmażeryjną. Dała jej jedzenie, ale nie mieściło jej się już w lodówce. W tej siatce było wszystko, o co poprosiłem Pana Jezusa: flaczki, pierogi itd. Zacząłem to wkładać do lodówki i płakać przy tym, jak dziecko.

Odkąd rzuciłem pracę, zacząłem poznawać wspaniałych ludzi. Bóg pokazywał mi inny świat, taki od strony duchowej. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie mama, która żyła daleko od Boga, rodzice nie chodzili do kościoła (mówię to w czasie przeszłym, bo to się też zmieniło). Zaczęła mi wtedy cytować Słowo Boże: „Kto nie pracuje, niech nie je”. Chciała, żebym podjął jakąś pracę. W międzyczasie zrezygnowałem z lekarza, z ubezpieczenia i szedłem jeszcze dalej, zgodnie z tym, co przeczytałem w Biblii: „Zostawcie wszystko, dam wam wszystko”. I działy się przepiękne rzeczy. Długi jednak narastały, bo trzeba było płacić np. czynsz za mieszkanie. Pan Bóg mi dawał, owszem, znajdowałem np. pieniądze na ulicy, nie brakowało mi na jedzenie i picie. Ale za co opłacić mieszkanie, wtedy 5000 zł? Mama zapytała, czy Bóg mi też rachunki płaci? Powiedziałem, że płaci. Ale to nie tyle było kłamstwo, ile to, że mimo że nie widać, jest to załatwione. Takie pełne zaufanie. Nie muszę tego widzieć, bo wiara nie jest zależna od tego, co widzimy, słyszymy. Ona jest ponad to. I to jest piękne.

Udało Ci się spłacić dług?

Po kolejnej kłótni z rodzicami, którzy powtarzali mi, że przynoszę im wstyd, uklęknąłem, mówiąc do Boga: „Boże, nie mam tych 5000 zł. Daj mi je proszę, a będę służył Ci do końca życia”. I podam tu inicjały chłopaka – K.W., który ma jedną z największych agencji nieruchomości, jest także jednym z liderów wspólnoty w Gorzowie. Modlę się i nagle dzwoni telefon. Byłem trochę zły, że ktoś mi przeszkadza w modlitwie, ale chłopak prosił, żebym zszedł na dół, bo coś dla mnie ma. Wyłączyłem telefon i się popłakałem. Wiedziałem już, że on ma dla mnie pięć tysięcy. Zacząłem wielbić Boga. Schodząc po schodach, płakałem i uwielbiałem Boga, dziękowałem mu, że mnie wysłuchał. I wyszedłem na ulicę. K. siedział w samochodzie, otworzył szybę i zobaczyłem pierwszy raz, jak mu łzy lecą. Nie mogliśmy uwierzyć w to, co się dzieje. Obaj tego doświadczaliśmy. To było niesamowite. On mówi do mnie: „Człowieku, usłyszałem Jezusa. Poszedłem do kościoła, bo zarobiłem spore pieniądze i chciałem oddać dziesięcinę na cel charytatywny. Ale usłyszałem od Jezusa twoje nazwisko. I jak usłyszałem, że to ma być pięć tysięcy, to zapytałem: tak dużo? Idź i mu daj, usłyszałem ponownie. Pobiegłem więc do banku wypłacić dla ciebie pięć tysięcy”. Ja mu na to, że nie oddam mu nigdy takich pieniędzy. On zaś powiedział, że nie chce, żebym mu oddał. I tak mijały kolejne dni. Niczego mi nie brakowało, kompletnie niczego. Bóg zaczął dawać mi jeszcze więcej. To była ta pustynia, gdzie jesteś zależna tylko od Boga, nie masz jedzenia, picia, nic. Musisz zaufać Jemu. Pan Bóg przez tę moją pustynię mnie przeprowadzał. Jak Izraelitów.

Porozmawiajmy o Twoich książkach. Skąd pomysł na „Boży Poradnik”?

Spisywałem sobie to, co Pan Jezus do mnie mówił, co pokazywał. Bo świadectwo pustynne mógłbym opowiadać każdego dnia. Każdy dzień do dziś tak u mnie wygląda. To nie jest łaska specjalna dla mnie, tylko łaska dla wszystkich. Tylko z tą łaską trzeba współpracować i postawić wszystko na Pana Boga. Ja się pytałem Pana Boga o wszystko, tak jak dziecko. Dlaczego to, a dlaczego tamto? Czekałem na odpowiedź. On mi odpowiadał. I robiłem z tego notatki. W którymś momencie poczułem, żeby się tym podzielić z przyjaciółmi. Ktoś się popłakał, ktoś powiedział, że to niesamowite. Napisałem lakonicznie na messengerze do kilku wydawców, że Jezus do mnie mówi i że chciałbym się tym podzielić. Z wydawnictwa Salwatorianów przyszła odpowiedź, abym przysłał, co mam. Wysłałem. Po kilku dniach przez telefon dowiedziałem się, że chcą to wydać. Początkowo odmówiłem, bo już doczytałem w sieci, że musiałbym zapłacić za wydanie, kolportaż i marketing. I wtedy wydawca powiedział, że to oni mi opłacą, że ja nie będę płacił. No i się zgodziłem. Wszystkie książki dostały zgodę władz kościelnych na rozpowszechnianie w kościele katolickim. Mam ogromną satysfakcję, że żadnego błędu nie znaleziono w moich książkach. Nigdy mi nikt nie zwrócił uwagi, że coś jest niezgodne z prawem Bożym czy nauką kościoła. To dla mnie też potwierdzenie, że to Pan Bóg mnie prowadzi.

Książka po dwóch miesiącach od wydania została ogłoszona bestsellerem, najlepiej sprzedawaną książką katolicką. Została wydana w dość dużym nakładzie. Dostałem ponad sześćset świadectw uzdrowień. Płakałem. W ogóle zrobiłem się płaczliwy, od kiedy się nawróciłem (śmiech), bo mam teraz inną wrażliwość. Nie sposób np. przejść obojętnie obok bezdomnych. Jak książka osiągnęła sukces i trafiła do ludzi, którzy mają pieniądze, to zaproponowali mi, abym przetłumaczył ją na angielski i dystrybuował w Stanach Zjednoczonych. Chcieli, aby i tam książka trafiła, bo faktycznie zmienia serce. Zgodziłem się. W międzyczasie zostałem zaproszony na Światowe Dni Młodzieży. Chociaż tego nie opowiadam, to Tobie opowiem.

Cudownie. Miło mi…

Podczas Światowych Dni Młodzieży było tak dużo cudów, że zostałem nimi po porostu przytłoczony. Jakbym żył w innym świecie. Papież Franciszek dostał wtedy – w kilku miejscach, od różnych ludzi – moją książkę. Pewnie był zdziwiony (śmiech). Kilka miesięcy później na homilii wyciągnął moją książkę i czytał ją całemu światu. Rozdzwoniły się telefony, a salwatorianie nagrali film. Książka zaczęła trafiać do niesamowitych ludzi. Łaska Boga jest przeolbrzymia. I tak się też zaczęło dziać w moim życiu. Już nie dostawałem tylko tego, co chciałem. Prosiłem o coś i dostawałem dziesięć razy więcej. Byłem zachwycony drogami, jakimi Pan Bóg zaczął rozpowszechniać moją książkę. W międzyczasie napisały do mnie siostry zakonne ze Słowacji, wśród nich polska siostra, że Bóg je dotknął i przetłumaczyły pierwszy „Boży poradnik” na słowacki. Dziś mają przetłumaczone już wszystkie trzy Poradniki, które na Słowacji stały się bestsellerami. W przyszłym miesiącu wyjdzie moja książka w języku ukraińskim. W Gdańsku tłumaczona jest na niemiecki i będzie rozprowadzona w Niemczech. Teren oddziaływania tej książki zaczął nabierać dużych rozmiarów. Książka była sprzedawana najpierw w tysiącach, później dziesiątkach tysięcy, a teraz w setkach tysięcy egzemplarzy.

Piszesz w swoim Poradniku, że Bóg zawsze daje nam to, czego potrzebujemy, w odpowiednim czasie. Często jest tak, że o coś się modlimy, nie dostajemy tego i zaczynamy nagle wątpić. Czy faktycznie tak jest, że nie dostajemy od razu tego, o co prosimy, bo Pan Jezus uważa, że to jeszcze nie ten moment?

Zazwyczaj to nie jest ten moment, bo brakuje nam pokory. I całe przygotowanie, błogosławieństwo, o które prosimy, jest uczeniem nas pokory, często upokarzaniem nawet, żebyśmy byli w stanie przyjąć to i żeby nas to nie zabiło. Czy to będą pieniądze, związek, cokolwiek, po prostu nie jesteśmy na to gotowi. Często ludzie proszą o duże rzeczy, idą węższą drogą, nie wiedząc czemu i później obrażają się na Boga. Brakuje im pokory. Nie są w stanie przyjąć tego, o co poprosili. Nie są w stanie dać się ociosać Bogu, ulepić – tak jak garncarz lepi glinę. Kiedyś, modląc się o różne rzeczy, usłyszałem: „Daj mi się ulepić”. I za każdym razem, kiedy zaczynałem się modlić, słyszałem w sercu: „Ale daj mi się ulepić”. Otworzyłem Biblię i przeczytałem w niej zdanie, żeby glina nie mówiła garncarzowi, jak ma lepić. Wiedziałem, że to Bóg do mnie mówi. I zacząłem modlić się do Boga, by mnie skruszył, by robił ze mną, co chce, dał mi pokorę. Mówiłem do niego: „Boże, złam mnie!”.

Jak się modlić, żeby nasza modlitwa była wysłuchana? Często słyszy się od koleżanek: „Modlę się i modlę, ale Bóg mnie chyba nie słyszy”.

Gdy mówimy, że Bóg nas nie słyszy, przekreślamy swoje relacje z Bogiem i zamykamy niebo, które jest dla nas otwarte, od kiedy Jezus umarł na krzyżu. To niebo sami sobie zamykamy takim parasolem lęku i niewiary. Zasłaniamy się przed łaską, która płynie na nas. Boimy się, bo nie widzimy. Mówimy do Boga: „pokaż mi, a uwierzę”. A Bóg mówi dokładnie odwrotnie: „Uwierz, a ja ci pokażę”. Kiedyś byłem w Krakowie głosić Słowo Boże u salwatorianów. I pamiętam, że zacząłem modlić się do Boga: „Boże, daj mi tyle pieniędzy, abym mógł moje książki rozdawać”. I Bóg mi powiedział bardzo głośno: „Rozdawaj, a dam Ci”. Pan Bóg powiedział: zaufaj, a ja ci dam. Odwrotnie. Zacząłem rozdawać książki, jedną, drugą, dziesiątą, dwudziestą, czterdziestą itd. I podszedł do mnie ksiądz, pytając, co robię. Odpowiedziałem, że rozdaję książki, bo mi tak Bóg kazał. Wtedy podszedł ktoś i dał mi 500 złotych, mówiąc, że nie trzeba reszty. Wziąłem pieniądze, a ksiądz, widząc to, powiedział: „Dobra, rozdawaj”. Potem podeszła jakaś kobieta i dała mi 300 złotych, po czym odeszła. I tak jest z Panem Bogiem. Jeżeli człowiek deklaruje, że wierzy, prosi o coś, a nie widzi zmian i szybko stwierdza, że Bóg mu nie daje, to nigdy tak naprawdę nie było w nim wiary. Bo wiara jest czymś ponad to, co widzimy. Abraham widział dziewięćdziesięcioletnią Sarę, gdy sam miał sto lat. I Bóg mu powiedział, że będzie miał dziecko. Widział staruszkę, babinę, która się śmiała i drwiła, mówiąc, że ma umarłe łono. Ale ten chłop wierzył. I urodziło im się dziecko.

Dlaczego, Twoim zdaniem, człowiekowi trudno rozstać się z grzechem?

To pytanie długo mnie nurtowało. Miałem problemy z nieczystością. Paliłem nałogowo papierosy, piłem, przeklinałem. Wszystkiego tego się wyzbyłem dzięki Bogu. Najgorszy był grzech nieczystości. Wracałem jak pies do rzygowin, jak świnia do błota. Biegałem do spowiedzi nie raz, tylko trzy razy w tygodniu. Czułem się upokorzony. Wiedziałem, że to złe, a nie mogłem sobie z tym poradzić. Tak samo było z paleniem. Dusiłem się i paliłem papierosy. Piłem piwo po to, żeby mi lepiej papieros wchodził. Byłem już nawrócony i paliłem dalej. Wstydziłem się palić na dworze, więc robiłem to tylko w domu. A w domu wstydziłem się podejść z papierosem do okna, żeby mnie ktoś nie zobaczył. Taka obłuda. Zacząłem więc prosić Pana Boga, żeby zabrał ode mnie ten nałóg. Ten grzech. I Pan Bóg nie zabierał go. Modliłem się na różańcu, litanię odmawiałem, przed najświętszym sakramentem przysięgałem, że umrę przez ten grzech, bo nie umiem go rzucić, a on mnie zabija. I w tej desperacji kiedyś uklęknąłem w domu, pytając Boga, czemu nie chce mi tego nałogu zabrać. Zacząłem krzyczeć do Boga. Usłyszałem wtedy wyraźnie głos w sercu, w uszach, w pokoju, tak jakby ktoś przez megafon powiedział. Usłyszałem dwa słowa. I te dwa słowa wystarczyły, by zmieniło się moje życie. On mi powiedział: „Bo nie chcesz”. Byłem zdruzgotany. Przecież się modlę o to, krzyczę do Niego, odmawiam litanie, różańce, a On mi mówi, że nie chcę. Musiałem uznać w sercu, że nie chcę rzucić tych grzechów. To było bardzo trudne. Tak jak alkoholik musi uznać, że jest alkoholikiem, a narkoman narkomanem, ja też musiałem uznać, że nie mogę tego rzucić, bo w głowie wiedziałem, że jest to złe, ale w sercu mi się to podobało. Musiałem uznać przed Bogiem, że mi się to podoba i że nie chcę tego rzucić. To było bardzo trudne. Nie trwało długo, bo Bóg mi pomógł. Już po 20 minutach powiedziałem sobie: „OK, Panie Boże, nie chcę tego rzucić, podoba mi się to”. I zacząłem się modlić do Ducha Świętego: „Panie Boże, proszę Cię, daj mi więcej chcenia w sercu, żeby mi się chciało to rzucić. Daj mi łaskę chcenia, przejmij moje serce”. I usłyszałem w sercu: „Otwórz Biblię”. I otworzyłem Pismo Święte. To, co przeczytałem, jest drogą do wyjścia z grzechu dla wszystkich katolików, chrześcijan: „Pożyteczne dla was jest moje odejście, bo gdy odejdę, poślę do was Ducha Świętego, a Duch Święty przekona was o grzechu”. I jakbym dostał w głowę. Zacząłem się modlić z entuzjazmem i radością: „Duchu Święty, przekonaj mnie o grzechu palenia, że to jest złe”. Czyli najpierw trzeba uznać, że to ci się podoba i twoje serce jest oszukane, później trzeba poprosić Ducha Świętego, żeby cię przekonał o tym grzechu. Gdy się tak modliłem z zamkniętymi oczami, zobaczyłem mężczyznę, alkoholika, który o jakiejś trzeciej czy czwartej nad ranem szedł ulicą, zataczając się. Pamiętam bardzo dobrze jego twarz, że był ubrany w marynarkę i wyglądał jak kloszard. Nie wiem, dlaczego to pamiętam, ale Bóg pewnie tak chciał. I zobaczyłem w tej modlitwie, jak on klęka przed koszem, gdzie są metalowe wkłady, i zaczyna wymiotować. Był mróz, szron, a te wymiociny parowały. Dokładnie poczułem ich zapach. Kloszard włożył w to ręce i zaczął rozchlapywać rzygowiny na chodnik. Gdy rozchlapywał je, widziałem to jakby z góry, z nieba – zaczął się uśmiechać. Usłyszałem wtedy słowa Pana Boga: „Zobacz, to twój grzech. Zobacz, w czym ręce trzymasz”. Pan Bóg dotknął mojego serca. Po kilku dniach przestałem palić. Dziś nienawidzę papierosów. Pan Bóg powiedział mi jeszcze, że każdy papieros to uderzenie Jezusa w twarz. Pamiętajcie: bez względu na to, jak jest źle, bez względu na to, jak często upadacie, jak mocne są to upadki – PODNOŚCIE SIĘ I IDŹCIE DALEJ. Bo Jezus czeka na Was z otwartymi ramionami i pełnym wybaczeniem.

Mój serdeczny znajomy, ksiądz Adrian Nowak, powiedział mi niedawno na spotkaniu słowa, które długo brzmiały w mojej głowie, że największym sukcesem szatana jest to, że ludzie przestali w niego wierzyć. Czy według Ciebie ludzie przestali wierzyć w istnienie Złego (łajzy rogatej)?

Kilka dni temu zadzwoniła do mnie tłumaczka, która przekłada moją książkę na niemiecki. Miała problem, bo w książce piszę o szatanie, a w Niemczech o szatanie nie wolno mówić. W Niemczech czy w Skandynawii nie ma w ogóle egzorcystów. Jest tam nieformalny zakaz mówienia o szatanie – nie tylko w Kościele. Byłem w szoku. Powiedziałem jej, że nie wyobrażam sobie tłumaczenia Poradnika Bożego bez pisania o łajzie rogatej. Nie wyobrażam sobie głosić ewangelii, nie mówiąc o złym duchu. Jeżeli Jezus sam mówił, że mamy być ostrożni, czujni: „Nie bójcie się, ale bójcie się tego, który może was zaciągnąć do piekła”. Jeżeli Paweł mówił, że nie walczymy z ciałem, ale ze złym duchem, czyli nie walczysz ze swoim partnerem, mamą, tylko ze złym duchem, który przez nich przemawia. Masz mamę kochać, partnera kochać, ale masz być świadom, że to ta łajza rogata cię atakuje i że tylko miłością możesz ją pokonać. Jeśli tej świadomości nie będziemy mieli, a tej łajzie rogatej o to chodzi, to będziemy niszczyć relacje ze znajomymi, w rodzinie. Będziemy nienawidzić ludzi. A nie ich mamy nienawidzić. Ich mamy kochać. Nienawidzić mamy złego ducha. Dlatego on stara się ukryć. I co najgorsze, szatan daje nam prezenty, które mają nas kusić. On nie da nam gówna śmierdzącego, bo my tego nie zjemy, nie ruszymy. On da nam zapakowane pięknie i pachnące coś, co będzie nas kusić.

Zły duch chce odciągnąć ludzi od świętych sakramentów. Jezus powiedział: „Kto spożywa i pije krew moją, osiągnie zbawienie”. Pierwszym więc zadaniem złego ducha jest odciągnięcie ludzi – pod pozorem dobra – od świętych sakramentów. Drugim odciągnięcie od Maryi, która ma zmiażdżyć mu łeb. Trzeciej rzeczy, której diabeł nienawidzi, to rodzina. To pierwsza komórka wspólnoty, jedność. To jedność, o którą Pan Jezus modlił się do Boga. Powiedział: „Panie, Ojcze, spraw, żeby oni byli jednym ze mną, jak ja jestem jednym z Tobą”. Szatan nienawidzi rodziny. Często opętuje małżonka/małżonkę, którzy otwierają się na grzech zdrady lub pornografię. Małżeństwa się rozpadają. W Biblii w Piśmie Świętym tym, którym ratuje współmałżonków i dzieci/rodzinę, jest archanioł Rafał. Pamiętajmy o Nim w swojej modlitwie.

Na sam koniec zapytam o coś, co niedawno było przedmiotem moich rozmów z koleżankami, co dla jednych jest czymś zabawnym i nic nieznaczącym, dla innych – niesmacznym i grzesznym. Mam na myśli zdjęcia nagich, często wyuzdanych kobiet, które panowie rozsyłają sobie jako śmieszne memy w SMS-ach czy na Facebooku, myśląc, że nie robią nic złego. Jak reagować, jeśli nasz partner dostaje takiego coś? Czy w ogóle reagować? Jak on sam powinien się zachować?

Tego typu „niby zabawne”, niewinne zdjęcia są działaniami złego. Duch Święty chciałby, abyś napomniała/napomniał taką osobę, która wysyła tego typu korespondencję – w sposób Boży i zdecydowany. Ja tego doświadczam codziennie. W realu i w sieci. Jestem już zaprawiony w bojach. Pewien schemat działania złego ducha powtarza się – wysyła mi ktoś zdjęcie, mem albo „dziwną” propozycję, na co odpisuję, że wierzę w Jezusa Chrystusa i nie chcę tego oglądać. Po prostu. Jeżeli ktoś ci wyśle drugi raz, napisz mu „W imię Jezusa Chrystusa nie przesyłaj mi tego”. Zdecydowanie. Jeśli wyśle trzeci raz… u mnie kończy się to blokadą. Nie chcę z taką osobą, przez którą zły duch mnie atakuje, mieć cokolwiek wspólnego. Dla niej to głupi żart, dla mnie zdecydowanie działanie tej łajzy rogatej.

Najwięcej modlę się za tych, którzy mnie atakują. Ale nie pozwolę też, bo jestem słaby, by wpływali na moje emocje, uczucia, wyobraźnię. Wyrzekam się złych obrazów, myśli i wszystkiego, co złe i od szatana pochodzi, w imię Jezusa Chrystusa. Jak widzę roznegliżowaną kobietę na plaży to błogosławię w duszy i przechodzę. Nie wodzę za nią łapczywym wzorkiem. Pan Jezus powiedział w ogrodzie Getsemani, kiedy się modlił: „Czuwajcie i módlcie się, abyście nie popadli w pokuszenie; duch wprawdzie jest ochotny, ale ciało słabe”. Zawsze odpowiedzią musi być modlitwa, ale też radykalne zwrócenie komuś uwagi, w imię Jezusa Chrystusa.

Jezus powiedział w dwóch ewangeliach: w jednej, że kto przyzna się do Niego, do tego On się przyzna przed Ojcem, w drugiej, że kto się przyzna do Niego, do tego On się przyzna przed aniołami. I On tam nie powiedział, że dopiero po śmierci. W momencie, kiedy przyznajesz się przed kimś do Niego – momentalnie wypełnia się obietnica Pana Jezusa. On się przyznaje do ciebie przed aniołami i momentalnie masz wsparcie, niesamowite wsparcie aniołów. Nie wstydźmy się tego.

Rozmawiała: Ilona Adamska

*** Dla tych wszystkich, którzy szukają wyjścia z marazmu dnia codziennego, szukają pomocy i bliskości Boga – mamy 4 podwójne zaproszenia na spotkanie z Arkadiuszem, które odbędzie się 26 października w Warszawie. 

Jeśli chcesz je zdobyć – napisz na info@idmedia.pl lub redakcja@wmeskimkregu.pl

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Prosimy wpisz swój komentarz!
Prosimy podaj swoje imię tutaj.