Arek Lerch (NVC): I o to chodzi, by muzyka trwała trochę dłużej…

0
415

NVC, czyli Non Violent Communication po debiutanckich, rozimprowizowanych „Obserwacjach”, przegrupował nie tylko siły, ale i przestawił akcenty. Czyste improwizacje ustąpiły nieco formom zwartym i usystematyzowanym, zachowując jednak ducha wolnej ścieżki, którą zespół nadal podąża. Taka jest właśnie najnowsza płyta grupy, zatytułowana „Emocje”, traktująca muzycznie o podstawowych ludzkich odczuciach. O szczegółach wydawnictwa opowiedział mi jej perkusista – Arek Lerch.

 

 

MM: Zacznę od kwestii prozaicznej: na ile pandemia wpłynęła na to, co znalazło się na „Emocjach”?

AL: Myślę,  że na samą muzykę pandemia nie miała wpływu, bo jakieś wstępne założenia pojawiły się, o ile pamiętam, jeszcze przed czasem zarazy. Mieliśmy ogólny pomysł, by zrobić materiał zaaranżowany, w pewnym sensie przeciwieństwo „Obserwacji”. Natomiast sama zaraza na pewno miała wpływ na proces powstawania materiału, bo lockdown, obawy co do zarażenia i różne prozaiczne historie związane z dziwnym 2020 rokiem, na pewno opóźniły tworzenie. W minionym roku było jednak więcej strachu i obaw, które powodowały, że nie zawsze chciało się z jednakową siłą działać. Z drugiej strony, mieliśmy kupę czasu, by na spokojnie przemyśleć każdy numer, bez pospiechu doprowadzić do momentu, kiedy wszystko się nam zgadzało. Zatem – w zasadzie, od strony muzycznej nie, ale logistycznie ten czas w jakimś sensie pomógł dojrzeć tej płycie.

MM: Mówisz, że ogólny pomysł sięga jeszcze czasów przedpandemicznych. Pytam, bo tematyka utworów, a raczej tytuły utworów – choć mają charakter niejako uniwersalny – zdają się dotykać tego, z czym większość zmaga się od tych kilkunastu miesięcy.

AL: Na pewno w jakimś sensie się to spięło, ale raczej na zasadzie pewnej zbieżności czasowej, a może po prostu przypadku. Zdecydowanie nie kombinowaliśmy w stylu „dzisiaj czujemy złość, więc robimy agresywny numer, który odzwierciedli stan ducha”. Rafał (Wawszkiewicz, saksofonista NVC – przyp. MM) wymyślił koncepcję, by skupić się na tych podstawowych emocjach. I kiedy powstawały numery, przyporządkowywaliśmy im odpowiednie nastroje. Myślę, że ważne jest tu słowo „uniwersalny”, bo dla mnie równa się w pewnym sensie ponadczasowości. I o to chodzi, by muzyka trwała trochę dłużej; na pewno nie chciałbym, by była kojarzona tylko i wyłącznie z czasem zarazy. Wolę i mam nadzieję, że jest w niej właśnie pewien uniwersalizm…

MM: O te podstawowe emocje teżchciałbym zahaczyć. Nie odnieśliście się bowiem do emocji „pomiędzy” tymi podstawowymi, jak żal, czy choćby rozczarowanie. Dlaczego?

AL: Chodziło właśnie o te podstawowe emocje; technicznie – nasze utwory są dość długie i gdybyśmy zaczęli się rozdrabniać, mogłoby się okazać, że albo owych emocji jest za dużo, albo musielibyśmy zrobić album dwupłytowy – choć – kto wtedy byłby w stanie takiego kolosa wysłuchać (śmiech). Zatem, było to idealne rozwiązanie: podstawowe emocje, uniwersalizm, wszystko zamknięte w pięciu kompozycjach, w których każdy może sobie poszukać fragmentów, mogących się kojarzyć z tymi emocjami „pomiędzy”, jak to ładnie określiłeś.

MM: Przyszło mi do głowy, że moglibyście nagrać suplement do „Emocji”, skupiający się właśnie na tych ‚pozostałych’ emocjach i wydać je na przykład w postaci ep-ki. A czy znów było tak, że każdy z Was skupił się na danej emocji i przyniósł na nią pomysł muzyczny?

AL: Trudno dzisiaj mówić, kiedy nagramy i co; na razie cieszymy się tą płytą. Nie, raczej pomysły pojawiały się niezależnie od tytułów. Dopiero do gotowej muzyki przyporządkowywaliśmy emocje/tytuły. W kolejności jako pierwszy pojawił się numer „Smutek”, potem dość szybko powstała „Radość”. Mniej więcej w tym samym czasie równolegle pracowaliśmy nad „Złością” i „Wstrętem”, na samym końcu powstał nieco eksperymentalny formalnie „Strach”.

MM: Słychać też, że zmieniły się akcenty i głównym prowodyrem zdaję się być Rafał i jego partie saksofonów. Wydaje mi się, że tę roszadę oddaje także Wasze zdjęcie w digipacku autorstwa Janka Fronczaka?

AL: Tak, w przypadku tej płyty podjęliśmy decyzję, że przesuwamy akcenty. W/g Rafała nie byłoby sensowne robić kolejnej płyty w 100% improwizowanej. Po co wchodzić drugi raz do tej samej rzeki? To już było, wyszło ciekawie, jesteśmy nadal zadowoleni  z „Obserwacji”, ale czas na pójście w inną stronę. Postanowiliśmy trochę bardziej „doaranżować” nowe kompozycje, zamknąć je w dopracowanych strukturach. Przesunięty został środek ciężkości – z przodu jest Rafał, który ma najwięcej miejsca na swoje wypowiedzi i improwizacje, jest gęsto, dynamicznie i różnokolorowo. Są loopy saksofonowe, nawarstwiające się ścieżki, hałas i kontrolowany chaos. Towarzyszy Rafałowi wyeksponowany Michał (Głowacki – przyp. MM), którego ambienty, szumy i zgrzyty stanowią o klimacie tej płyty. Z kolei sekcja usunęła się na swoje miejsce, tzn na drugi plan. Teraz scalamy całość w klamrę rytmu. Jest to o tyle istotne, że Grzesiek (Chudzik – przyp.MM) gra na basie nieco inaczej, bardziej technicznie i jego styl także prowokował taką, a nie inną pracę bębnów. W każdym razie, wszyscy są na swoim miejscu, choć inaczej. I tak jest dobrze.

MM: Rozumiem, że ten dopisek na waszym fanpage’u – „Ścieżka w nieznane” wciąż ma swoje uzasadnienie?

AL: Wciąż, bo nigdy nie wiadomo i co będzie za zakrętem, i gdzie nas poniesie na kolejnej płycie. Poza tym, te utwory na pewno na koncertach będą ewoluować, zmieniać się będą akcenty, zatem… nadal nieznane nas kusi.

MM: Przechodząc do zawartości, to spoglądając na listę tytułów, zacząłem sobie wyobrażać, jaki dany utwór może mieć charakter, jeszcze przed włączeniem płyty. Odsłuch to zweryfikował, bo kilkukrotnie byłem zaskoczony . Na przykład „Wstręt” wydaje mi się w dużej mierze bardzo „czuły”, głównie przez te ‚lejące’ się partie Rafała.

AL: Ha, no tak, zwerbalizowałeś moje odczucia. Ten wstręt jest dla mnie bardziej zawarty w dość grooviastej, twardej sekcji, jest bardzo mocna, taka ciut wgniatająca. Natomiast główne partie Rafała są faktycznie miękkie, wpadające w ucho, kojące. Dlatego dla odmiany w drugiej części kawałka masz erupcje hałasu generowanego przez saksofon. Bardzo lubię ten kawałek. Ciekawostką jest, ze powstał na bazie basowej figury, która przyniósł na próbę Grzesiek. Fajne jest też to, że mimo niesymetrycznego metrum, ładnie wszystko płynie. Przynajmniej tak mi się wydaje…

MM: A ten bit techno w „Strachu” wygenerował Michał, czy Ty?

AL: W „Strachu” jedynie początkowa stopa jest „z pudełka”, później wchodzą już żywe bębny z tym połamanym chopsem, a la drum’n’bass. Oczywiście, lekko spreparowaliśmy brzmienie, szczególnie werbla, ale to są całkowicie żywe „garki”.

MM: Te najżywsze bębny są oczywiście w „Złości” – brzmi niczym grindcore’owe Ministry.

AL: No tutaj, faktycznie trochę „pojechaliśmy”. Oczywiście, zalążkiem był przypadek. Pod koniec którejś próby, kiedy wszyscy się zbierali, wystukałem sobie taki niby blast beat i Rafał bodajże stwierdził: „ej, zróbmy numer na bazie takiego bitu”. Spróbowaliśmy, zażarło i tak powstał numer zdecydowanie odstający od średniej tej płyty. Osobiście najbardziej lubię środek, kiedy wchodzi taki „lottowy” temat: stopa i hi hat. Fajny kawałek, pokazujący, że w sumie nie mamy ograniczeń. A to chyba dobrze.

MM: I rzeczywiście przez te 13 minut grasz bez przerwy? 

AL: Tak, z tym nie mam w zasadzie problemu. Jestem przyzwyczajony do „pompowania” (śmiech)

MM: Widziałem zapowiedź koncertu w Poznaniu 2 lipca u boku Lotto. Coś jeszcze szykujecie?

AL: Tak, coś się kroi powoli, dyskutujemy z paroma miejscami. Chcemy szczególnie pod koniec sierpnia i we wrześniu pojawić się tu i ówdzie. Zobaczymy, jaki będzie odzew, bo w natłoku muzyki i szczególnie teraz, w tym histerycznym amoku, kiedy wszyscy koniecznie chcą grać, kiedy nastąpiło odkorkowanie, robi się trochę chaos. Ale zobaczymy, co będzie. Ze względów logistyczno-życiowych nie możemy sobie pozwolić na szczególnie grubą aktywność, ale coś na pewno tu i ówdzie pogramy.

MM: Wypuściliście z Czernią w ubiegłym roku ciężkie i gorące od emocji „Zgliszcza”, a co z So Slow?

AL: So Slow jak zwykle znajduje się na zakręcie. Przyznam zupełnie szczerze, że do dzisiaj mam „pretensje” do świata że nie poznał się na płycie „W otwarte dłonie…”, która uważam mimo wszystko za szczytowe dokonanie SS. Ale z drugiej strony, o czym nawet ostatnio gadaliśmy na próbie, tą płytą zespół doszedł do ściany – dalej musielibyśmy chyba pójść w stronę jazzu, którego nie umiemy i nie miałoby to sensu. Ktoś napisał, żebyśmy się nie spinali, wiec się nie spinamy. Powiem więcej, podjęliśmy brzemienną w skutki decyzję o mocnym powrocie do hałasu, okolic pierwszej płyty i właśnie robimy materiał, głęboko zakorzeniony w latach 90., kłaniający się Fugazi, Regulator Watts, czy z mniej znanych rzeczy – Guzzard. Oczywiście, to nasze odczucia, ale na nowej płycie (która bardzo powoli, ale się robi) nie będzie można uświadczyć dłuuugich utworów. Raczej piosenki oscylujące w okolicach 3-4 minut. Dobry reset i dobrze nam zrobił. Przynajmniej psychicznie.

Rozmawiał: Maciej Majewski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Prosimy wpisz swój komentarz!
Prosimy podaj swoje imię tutaj.